piątek, 5 grudnia 2014
niedziela, 6 lipca 2014
http://na-krawedzii.blogspot.com/
Zapowiedź
Szkolna elita, którą wszyscy podziwiają i chcą być w jej kręgach. Szóstka przyjaciół, którzy od zawsze trzymają się razem. Wszyscy chcą być tacy jak oni. Szanowani i lubiani, ale nie każdy wie z jakimi problemami się zmagają. Narkotyki, alkohol, seks, zdrada i miłość, która pragnie spełnienia. Przemoc i bezsilność w trudnych chwilach. Nadopiekuńczy rodzice lub całkowity ich brak. Czy chcielibyście tak żyć, czy na pewno chcecie być tacy jak oni?
Zapraszam! ;)
piątek, 14 lutego 2014
czwartek, 13 lutego 2014
Epilog
Dwa lata później
-Kolejna przygoda twojego życia, co? - Zerknęła na mamę, która siedziała na krawędzi łóżka, uśmiechając się delikatnie, ale ja dostrzegałam smutek w jej oczach. Minęły dwa lata, ale ja wiem, że nigdy nie zapomni... Ja też nie zapomnę. Tak wiele razy prosiłam ją, błagałam by poprosiła tatę o powrót, ale nigdy się nie złamała. Nie chciała o tym rozmawiać, ale wciąż o tym rozmyślała, zresztą, jak ja. Brakowało mi dawnej jej, dawnego życia...
-Mam nadzieje, że ta będzie miała szczęśliwie zakończenie. - Szepnęłam. Przeżyłam, Isaac jest ze mną. Jedziemy na studia, ale w tym wszystkim zgubiłam cząstkę siebie, straciłam kawałek mamy i tatę. Ta historia tak naprawdę nie zakończyła się happy endem. Nie dla mnie.
-Skarbie... - Ucięła, jakby szukając słów. - Będę za tobą stęsknić. - Podeszłam to niej i przytuliłam, próbując powstrzymać łzy.
-Nie chce żebyś mieszkała tu sama. - Westchnęła cicho.
-Poradzę sobie. - Pogłaskała mnie po głowie z czułością. - Kończ to pakowanie, bo w końcu wyjdzie na to, że zabierzesz ze sobą cały pokój. - Zażartowała, próbując rozładować napięcie. Mimo chęci nie udało jej się. Wciąż czułam się źle z tym, że wyjeżdżam i zostawiam ją tu. To prawda chciałam się stąd wyrwać, ale obraz mamy samotnie siedzącej na kanapie, okrytej kocem z książka w ręku nie ułatwiał mi zadania. Kochałam ją, jest częścią mnie, ale ja chyba nie potrafię dłużej żyć w tym domu, w tym mieście. Potrzebuje odnowy. Przyrzekłam sobie, że sprowadzę tatę do domu i to zrobię. Nie pozwolę na ich wzajemne cierpienie. Nie przeze mnie. Zamrugałam odpędzając gorące krople i zerknęła na nią z uśmiechem.
-Nie waż się przerabiać mojego pokoju na domową siłownie. Ja tu wrócę! - Wybuchnęła szczerym śmiechem. Brakowało mi tego dźwięku. Ostatnie dwa lata były dla mnie, jak sen. Dochodząc do siebie, planowałam powrót ojca, przechodząc do tego kryzys z Isaakiem. Nie rozstaliśmy się, żadne w tamtym czasie nie zaproponowała odpoczynku od siebie, ale emocje, które w nas wrzały, powodowały częste kłótnie. Czasami nie miałam ochoty na niego patrzeć, ale wciąż go kochałam. Miłość to dziwna rzecz. Skończyliśmy liceum, ja z wyróżnieniem, plus stypendium artystycznym za wystawę moich obrazów, które stworzyłam w chwilach depresyjnych, a Isaac... A Isaac po prostu skończył liceum. To ja zdecydowałam o wyjeździe na uczelnie, Isaac tylko grzecznie przytaknął. Wiedział, że w tej sprawie ze mną nie wygra. Wybrałam UNF w Jacksonville. Nie chciałam wyjeżdżać na drugi koniec świata, wystarczy mi jeden stan.
-Przygotować wam coś na drogę? -W glosie mamy brzmiała troska.
-Nie, dziękuje mamo. - Pokiwała delikatnie głową.
-W takim razie zostawię cie samą. - Ucałowała mnie w policzek i wyszła, zamykając za sobą drzwi. To będzie trudna rozłąka. Dokończyłam pakowanie i z ledwością zapięłam drugą z kolei walizkę. Z ponurą miną rozejrzałam się po pokoju. Chciało mi się płakać. Prócz pluszowego misia nie zostało po mnie nic. Jakbym nigdy tu nie mieszkała. Nie chciałam żegnać się z tym miejscem na zawsze, ale gdzieś w głębi czułam niewyjaśniony niepokój, że nigdy więcej tu nie wrócę. Przełknęłam gule w gardle i odwróciłam się w stronę otwierających się drzwi. W przejściu stał Isaac. Wyglądał seksownie i niebezpiecznie w czarnej kurtce i ciemnych jeansach. Zmężniał, a rysy jego twarzy stały się twardsze. Choć zazwyczaj jego zielone oczy były radosne, ja potrafiłam dostrzec w nich trudy sprzed dwóch lat. Oboje się zmieniliśmy i właśnie jego oczy najbardziej mi o tym przypominały. Mogłam w nich utonąć, a czasem bałam się, że zagubię się w ukrytej głęboko otchłani smutku.
-Jak piękna? Gotowa? - Zamruczał, a ja wpadłam w jego ramiona. Z ulgą wciągnęłam jego zapach i odprężyłam się trochę.
-Nie wiem czy kiedykolwiek będę gotowa. - Szepnęłam. Ujął moja twarz w dłonie, kciukami zataczał koła na moich policzkach.
-Skarbie, wiesz, że nie musimy stąd wyjeżdżać. - Pokręciłam przecząco głowa.
-Musimy. Ja muszę. - Ze zrozumieniem, przytulił mnie mocno.
-W takim razie ruszajmy. Sara robi się niecierpliwa. - Wywróciłam oczami.
-Było kupić jej pączki. - Zażartowałam.
-To nic nie dało - Oznajmił z udawanym przerażeniem. - Ta dziewczyna mnie przeraża. - Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe zęby.
-Słyszałam to dupku. - Z korytarza dobiegł głos rudowłosej.
-Ups? - Spojrzałam na przyjaciółkę z rozbawieniem i na chwile zapomniałam o trapiących mnie obawach. Może wszystko się ułoży. Sara podeszła do nas i pacnęła Isaaca po głowie, a mnie przytuliła.
-Strasznie się guzdrzesz, wiesz? - Skarciła mnie, mierzwiąc mi włosy.
-Wybacz - Odwzajemniłam uścisk. - Możemy się zbierać, ale ktoś musi pomóc mi to znieść do bagażnika. - Wskazałam na walizki i załadowane pudła. Sara spojrzała na mnie z błyskiem w oczach i uśmiechnęła się łobuzersko. Złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia.
-Isaac, zajmij się tym! - Krzyknęła i razem zbiegłyśmy po schodach chichocząc i wysłuchują przekleństw Isaaca. To miał być nowy początek.
No więc to koniec... Sama nie moge w to uwierzyć. Spędziłam nad tym blogiem ponad pół roku i bardzo wam dziękuje za wszystkie komentarze, za to że byliście ze mną. :) Pracuje nad drugą częścią, choć nie jestem jeszcze do niej przekonana, mam nadzieje, że wam się spodoba, bo Cora nie będzie tam już główną bohaterką. Zostawiam wam tu link corka-fidem.blogspot.com do drugiej części. Na blogu na razie znajduje się tylko zapowiedź i bohaterowie (oni mogą ulec jeszcze zmianą). Prolog postaram się dodać jakoś w przyszłym tygodniu, zaczęły mi się ferie, wiec będę miała więcej czasu. No tak to tyle, jeszcze raz dziękuje! ;* <3
-Nie waż się przerabiać mojego pokoju na domową siłownie. Ja tu wrócę! - Wybuchnęła szczerym śmiechem. Brakowało mi tego dźwięku. Ostatnie dwa lata były dla mnie, jak sen. Dochodząc do siebie, planowałam powrót ojca, przechodząc do tego kryzys z Isaakiem. Nie rozstaliśmy się, żadne w tamtym czasie nie zaproponowała odpoczynku od siebie, ale emocje, które w nas wrzały, powodowały częste kłótnie. Czasami nie miałam ochoty na niego patrzeć, ale wciąż go kochałam. Miłość to dziwna rzecz. Skończyliśmy liceum, ja z wyróżnieniem, plus stypendium artystycznym za wystawę moich obrazów, które stworzyłam w chwilach depresyjnych, a Isaac... A Isaac po prostu skończył liceum. To ja zdecydowałam o wyjeździe na uczelnie, Isaac tylko grzecznie przytaknął. Wiedział, że w tej sprawie ze mną nie wygra. Wybrałam UNF w Jacksonville. Nie chciałam wyjeżdżać na drugi koniec świata, wystarczy mi jeden stan.
-Przygotować wam coś na drogę? -W glosie mamy brzmiała troska.
-Nie, dziękuje mamo. - Pokiwała delikatnie głową.
-W takim razie zostawię cie samą. - Ucałowała mnie w policzek i wyszła, zamykając za sobą drzwi. To będzie trudna rozłąka. Dokończyłam pakowanie i z ledwością zapięłam drugą z kolei walizkę. Z ponurą miną rozejrzałam się po pokoju. Chciało mi się płakać. Prócz pluszowego misia nie zostało po mnie nic. Jakbym nigdy tu nie mieszkała. Nie chciałam żegnać się z tym miejscem na zawsze, ale gdzieś w głębi czułam niewyjaśniony niepokój, że nigdy więcej tu nie wrócę. Przełknęłam gule w gardle i odwróciłam się w stronę otwierających się drzwi. W przejściu stał Isaac. Wyglądał seksownie i niebezpiecznie w czarnej kurtce i ciemnych jeansach. Zmężniał, a rysy jego twarzy stały się twardsze. Choć zazwyczaj jego zielone oczy były radosne, ja potrafiłam dostrzec w nich trudy sprzed dwóch lat. Oboje się zmieniliśmy i właśnie jego oczy najbardziej mi o tym przypominały. Mogłam w nich utonąć, a czasem bałam się, że zagubię się w ukrytej głęboko otchłani smutku.
-Jak piękna? Gotowa? - Zamruczał, a ja wpadłam w jego ramiona. Z ulgą wciągnęłam jego zapach i odprężyłam się trochę.
-Nie wiem czy kiedykolwiek będę gotowa. - Szepnęłam. Ujął moja twarz w dłonie, kciukami zataczał koła na moich policzkach.
-Skarbie, wiesz, że nie musimy stąd wyjeżdżać. - Pokręciłam przecząco głowa.
-Musimy. Ja muszę. - Ze zrozumieniem, przytulił mnie mocno.
-W takim razie ruszajmy. Sara robi się niecierpliwa. - Wywróciłam oczami.
-Było kupić jej pączki. - Zażartowałam.
-To nic nie dało - Oznajmił z udawanym przerażeniem. - Ta dziewczyna mnie przeraża. - Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe zęby.
-Słyszałam to dupku. - Z korytarza dobiegł głos rudowłosej.
-Ups? - Spojrzałam na przyjaciółkę z rozbawieniem i na chwile zapomniałam o trapiących mnie obawach. Może wszystko się ułoży. Sara podeszła do nas i pacnęła Isaaca po głowie, a mnie przytuliła.
-Strasznie się guzdrzesz, wiesz? - Skarciła mnie, mierzwiąc mi włosy.
-Wybacz - Odwzajemniłam uścisk. - Możemy się zbierać, ale ktoś musi pomóc mi to znieść do bagażnika. - Wskazałam na walizki i załadowane pudła. Sara spojrzała na mnie z błyskiem w oczach i uśmiechnęła się łobuzersko. Złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia.
-Isaac, zajmij się tym! - Krzyknęła i razem zbiegłyśmy po schodach chichocząc i wysłuchują przekleństw Isaaca. To miał być nowy początek.
No więc to koniec... Sama nie moge w to uwierzyć. Spędziłam nad tym blogiem ponad pół roku i bardzo wam dziękuje za wszystkie komentarze, za to że byliście ze mną. :) Pracuje nad drugą częścią, choć nie jestem jeszcze do niej przekonana, mam nadzieje, że wam się spodoba, bo Cora nie będzie tam już główną bohaterką. Zostawiam wam tu link corka-fidem.blogspot.com do drugiej części. Na blogu na razie znajduje się tylko zapowiedź i bohaterowie (oni mogą ulec jeszcze zmianą). Prolog postaram się dodać jakoś w przyszłym tygodniu, zaczęły mi się ferie, wiec będę miała więcej czasu. No tak to tyle, jeszcze raz dziękuje! ;* <3
środa, 5 lutego 2014
Rozdział 25
''Tak trudno się podnieść, tak ciężko wstać
Gdy tyle wspomnień nie daje spać
I nie ma dnia, nie ma nocy,
Jest ten dziwny strach''
Czułem, jak rósł we mnie rozdzierający ból. To wszystko była moja wina. Miałem ochotę krzyczeć. Nie mogłem skupić się na niczym innym niż Cora. Leżała w moich ramionach z zamkniętymi oczami, ale jej serce wciąż biło, świadczył o tym słaby, urywany oddech, który czułem na szyi. Na jej koszulce powiększała się czerwona plama krwi. Chciałem nią potrząsać i na wrzeszczeć na nią. To była najgłupsza rzecz, jaką zrobiła. Nie mogła umrzeć.
-Cora, skarbie otwórz oczy. - Prosiłem, ale ona nie reagowała. Czułem się okropnie bezsilny. Uniosłem głowę, mrugając by pozbyć się łez. Lily stała z otwartą buzią i przerażeniem malującym się na twarzy. Fidem z wdziękiem schodziła po schodach, uśmiechając się z zadowoleniem. Ona jeszcze nie skończyła. Teraz miała zamiar wykończyć mnie. Zerknąłem na Core i z ciężkim sercem ułożyłem ją na ziemi. Poderwałem się do góry i podniosłem miecz należący do brązowowłosej.
-Szczerze nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. - Oznajmiła Fidem, zbliżając się do mnie.
-W takim razie czego oczekiwałaś? - Spytałem wlewając w te słowa tyle jadu ile potrafiłem. Mocno chwyciłem rękojeść miecza, jakby tylko on mógł pomóc stać mi na nogach.
-Byłam pewna, że ty tu będziesz leżeć - Podeszła do Cory i szturchnęła ją czubkiem buta. Z ledwością powstrzymałem się przed rzuceniem się na nią. - A teraz to ona umiera. - Mówiła to nie ukrywając satysfakcji. - Ale nie martw się. Zaraz do niej dołączysz.
-Nie byłbym tego taki pewien. - Stanąłem w niewielkim rozkroku, zataczając mieczem koło.
-Nie uda ci się ze mną wygrać. - Oblizała czerwone wargi, uśmiechając się przy tym złowrogo. - Miłość do niej uczyniła cie słabym.
-Mylisz się. Jest wręcz przeciwnie. - Przymknąłem powieki i myślami skupiłem się na Fidem. Nie jest tak potężna, jak się jej wydaje. Wziąłem głęboki oddech i zacisnąłem niewidzialne dłonie na jej długiej szyi. Do moich uszu dotarł zdławiony krzyk. Otworzyłem oczy i z ledwością powstrzymałem uśmiech. Złotowłosa stała ze zdziwienie wymalowanym w oczach, zaciskając wypielęgnowane dłonie na szyi.
-Co ty mi robisz? - Wykrztusiła.
-Nie wiedziałaś co potrafię? Słabo się przygotowałaś. A może w ogóle nie myślałaś, że to na tobie zadziała, co? - Zacieśniłem niewidomy uścisk. - Jak widzisz nie jesteś niepokonana. Sparzyłaś się na własnej pewności siebie. - Zacisnąłem zęby i zrobiłem krok w jej stronę. - Zapłacisz za wszystko co nam zrobiłaś.
-Nie odważysz się mnie zabić. - Z niedowierzaniem pokręciłem głową.
-Niby dlaczego? Zmusiłaś dziewczynę, którą kocham by przebiła się mieczem. Nie zasługujesz na nic więcej niż śmierć. - Uśmiechnęła się okrutnie.
-Już nigdy się nie zakochasz. Nigdy więcej tego nie poczujesz. - Kolejny krok i już dzieliło nas tylko kilka centymetrów.
-Nie, nie poczuje, ale pocieszający jest fakt, że ty nigdy tego nie czułaś - Wycedziłem te słowa przez zaciśnięte zęby. - Mam nadzieje, że po śmierci spotka cie okrutnego. Żegnaj Fid. - Nie dodając nic więcej, przebiłem jej zimne serce mieczem. Z jej ust wydobył się okropny krzyk, rozdzierający bębenki. Poczułem niewyjaśnioną furię. Puszczając rękojeść, sprawiłem, że zaczęła płonąć. Z nienawiścią patrzyłem, jak płonie i znika. To był już koniec. Byliśmy wolni. Ziemia pod moimi stopami zaczęła się trząść i pękać. Razem z Fidem miał upaść jej świat. Przeniosłem swój wzrok na schody gdzie stała Lily. Wciąż miała ten sam wyraz twarzy i była nieruchoma, choć nie, ona migotała.
-O nie... - Jej oczy były puste, a przerażenie fałszywe. Zaczęła powoli się rozpływać. Ta Lily nie była prawdziwa. Ta szmata nas nabrała. Poczułem się przegrany, ale odsunąłem to na bok i doskoczyłem do Cory. Z ulgą stwierdziłem, że jej serce wciąż biło.
-Maleńka słyszysz mnie? - Uchyliła powieki i uśmiechnęła się blado.
-Zniszczyłeś ją, prawda? - Kiwnąłem głową, odgarniając włosy z jej twarzy.
-Zniszczyłem, ale musimy stąd uciekać. - Westchnęła ciężko.
-Mogę nas ten ostatni raz teleportować. Bóg chyba jeszcze nie odebrał nam skrzydeł
-Chyba nie, ale muszę go wyjąć. - Wskazałem na miecz tkwiący w jej ciele.
-Śmiało - Powiedziała odważnie. - Nie bój się. - Dodała widząc moje wahanie.Napełniłem płuca brudnym powietrzem i jednym ruchem wyciągnąłem miecz.
-Co to jest? - Zdziwienie w moim głosie było niemal namacalne. W moim ręku spoczywała rękojeść i mały fragment zastawy. Tylko tyle zostało z całej głowni. Cora zachichotała i oplotła rękoma moją szyje.
-Wytłumaczę ci to potem, dobrze? Teraz się stąd zmywajmy. Gdzie Lily?
-To była tylko iluzja. - Poczułem się dziwnie pusty.
-Daliśmy się oszukać - Szepnęła. - Ale z jednej strony to lepiej. Dobrze, że małej nie było tu naprawdę.
-Tak, masz racje. - Z dziką rozpaczą wpoiłem się w jej rozchylone usta.
-Wracajmy. - Wysapała, gdy się od niej oderwałem.
-Tylko nie do twojego domu.
-Czemu?
-Potem ci wytłumaczę. - Powiedziałem ironicznie.
~ ~ ~
Tylko chwile zajęło mi zastanowienie się gdzie nas przenieść. Nie mogłam stworzyć po raz kolejny swojego świata, bo prawdopodobnie nigdy byśmy się już stamtąd nie wydostali. Nie wiedzieliśmy kiedy dokładnie Bóg odbierze nam skrzydła, a przy tym nasze moce. Po tej chwili padło na niewielką plaże na obrzeżach miasta. Kiedyś przyjeżdżałam tu z mamą, gdy chciałyśmy uciec od świata. Nikt tu nie zaglądał. Piasek był miękki, a chłodna woda dawała ukojenie obmywając gorącą skórę. Isaac siedział obok mnie, wpatrując się w morze z niewyjaśnionym wyrazem twarzy. Oparłam głowę o jego ramie i z uśmiechem zamknęła oczy.
-Wyjaśnisz mi, jak to zrobiłaś? - Spytał cicho, splatając nasze palce u rąk.
-Pomyślałam, że skoro moge przenosić nas w dowolne miejsce, to uda mi się także z fragmentem miecza. Gdy zaczęłam go w siebie wbijać, wyobraziłam sobie, że miecz się łamie i przenosiłam te fragmenty na rynek, na którym wcześniej się znajdowaliśmy. W efekcie nadziałam się tylko na niewielki kawałek, który nie był w stanie mnie poważnie skrzywdzić. Musiałam udawać, by Fidem się nie domyśliła.
-Ale nie byłaś pewna, że ci się uda. - Drążył. jego głos był dziwny. Otworzyłam oczy i usiadłam na jego kolanach, tak by móc patrzeć na jego twarz.
-Tak, nie byłam pewna. Musiałam zaryzykować.
-Gdyby ci się nie udało. Gdybyś umarła, kawałek mnie umarł by z tobą.
-Och... - Złapałam jego twarz w dłonie, a kciukami zaczęłam gładzić jego blade policzki. - Ale jestem cała. Udało się nam. Jesteśmy wolni.
-Nigdy bym sobie nie wybaczył...
-Isaac to była moja decyzja, rozumiesz? I nie możesz się za nic obwiniać. Żyje. Cieszmy się życiem. - Zagryzł dolną wargę i mocno mnie przytulił.
-Nigdy więcej nie próbuj umierać, nawet na niby. - Zaśmiałam się, wplątując palce w jego włosy.
-Wiesz, gdy cie zobaczyłam pierwszy raz pomyślałam, że oprócz niesamowitego wyglądu nie wyróżniasz się niczym innym, ale myliłam się.
-Uważasz, że wyglądam niesamowicie? - Spytał z łobuzerskim uśmiechem. Wywróciłam oczami, ale także się uśmiechnęłam.
-Masz czyste serce Isaac. Nie spotkałam jeszcze nikogo takiego.
-Popełniłem wiele błędów w życiu Cora, nie mam czystego serca.
-Wiem, że próbowałeś udawać niegrzecznego chłopca. Czasem nawet było to w tobie fajne, ale ja wiem, jaki jesteś naprawdę. - Trącił mnie nosem wzdychając.
-Chyba nie spróbujesz zepsuć mojej reputacji, co? - Zachichotałam.
-Nawet bym nie śmiała - Zamiast odpowiedzieć, pocałował mnie, błądząc rękoma po moim ciele. - Gdyby ktoś kilka tygodni temu powiedział mi, że będę obściskiwać się z tobą na plaży wyśmiałabym go.
-A widzisz, życie czasem potrafi nas zaskoczyć. - Ha! I to jak. Przytuliłam głowę do jego torsu, wdychając jego zapach.
-Czemu nie chciałeś wracać do mojego domu? - Westchnął.
-Twoja mam poprosiła mnie bym cie stamtąd zabrał i zaopiekował się tobą, jak to wszystko się skończy. - Znieruchomiałam.
-Co? Dlaczego?
-Myślę, że ciężko jej było się pogodzić z myślą, że staniesz się zwykłą śmiertelniczką.
-Ale wciąż jestem jej córką.- Powiedziałam, nie rozumiejąc jej prośby.
-Rodzicom ciężko patrzeć na śmierć dzieci. Ty dorośniesz, zestarzejesz się i odejdziesz, a ona musiałaby na to patrzeć. Gdybyśmy stąd wyjechali mogłaby trzymać się myśli, że żyjesz tam gdzieś szczęśliwa i nigdy nie odejdziesz.
-To jest głupie. Nie chce opuszczać jej. Co ze szkołą, z Sarą? Nie moge tego zostawić. Jest dorosła, musi sobie z tym poradzić. Wiem, że da rade.
-A ty dasz radę żyć z myślą, że umrzesz szybciej niż ona? - Zagrzebałam ręce w piasku, uśmiechając się do siebie.
-A może kiedyś odzyskamy skrzydła? Po co zamartwiać się przyszłością, kiedy możemy cieszyć się teraźniejszością? Pokonaliśmy Fidem, jesteśmy razem i nie wiem, jak ty, ja jestem szczęśliwa, jak nigdy dotąd. - Głośno wciągnął powietrze i pocałował mnie w czubek głowy.
-Tak, ja też jestem szczęśliwy.
Światła w domu były zgaszone, a na zegarku dochodziła północ. Pożegnałam się z Isaakiem, chciał pobyć sam i weszłam do środka. Nie byłam senna, wręcz przeciwnie kipiałam energią. Miałam ochotę krzyczeć i skakać z radości. Rana po mieczu już nie krwawiła i powoli się goiła czyli Bóg nie odebrał nam jeszcze skrzydeł. W przedpokoju zjadłam buty i weszłam do salonu. Na kanapie przykryta kocem spała Sara. Co ona tu robiła? Nie chciałam jej budzić, ale wystarczyło skrzypnięcie podłogi, by zerwała się do góry. Przez chwilę stała ospała, ale na mój widok uśmiechnęła się szeroko.
-Żyjesz! Och ty żyjesz! - Rzuciła mi się na szyje i przytuliła mnie mocno.
-Jak widać. - Zaśmiałam się.
-A Isaac? - W jej oczach zamigotał niepokój.
-Żyje. - Z niewyjaśnionego powodu do oczu napłynęły mi łzy.
-Tak się cieszę. - Uścisnęła mnie jeszcze raz i w końcu puściła. Przyjrzała mi się uważnie i dostrzegła krwawą plamę na mojej bluzce. Widząc jej spojrzenie wzruszyłam ramionami.
-No wiesz, małe komplikacje. Gdzie mama?
-Tu jestem kochanie. - Z ulgą spojrzałam za siebie. Mama stała w drzwiach od kuchni.
-Hej. - Szepnęłam i przytuliłam się do niej.
-Och skarbie. - Pogłaskała mnie po głowie.
-Nie mogłam odejść.- Dodałam cicho.
-Spodziewałam się tego -Ucałowała mnie w czoło. - W końcu jesteś moją córeczką. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
-A tata? - Wyraźnie się spięła.- Mamo co się stało? - Przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech.
-Kazałam mu odejść.
-Co? - Nie wierzyłam w te słowa.
-Tak będziesz bezpieczniejsza. Przywrócił mi śmiertelność i teraz będziemy żyły, jak normalni ludzie. - łzy spłynęły mi po policzkach.
-Ale mamo to mój tata. - Mój głos drżał.
-On cie kocha skarbie. Będzie nad tobą czuwał, ale...
-A co z tobą? Kochacie się! - Odsunęłam się gwałtownie.
-Ty jesteś ważniejsza od naszej miłości.
-Nie zgadzam się na to!
-Już podjęliśmy decyzje. O szóstej stracisz skrzydła. Od tej pory będziemy zwyczajne. Tego chciałaś.
-Ale już nie chce! Mamo proszę. - Przy ostatni słowie głos mi się załamał. Zerknęłam na Sarę, ale ona nic nie mogła na to poradzić.
-Wybacz mi kochanie. To dla twojego dobra. - Z tymi słowami weszła na górę i zamknęła się w swojej sypialni. To chyba był jakiś żart. Poczułam, jak przyjaciółka mnie obejmuje. Osunęłam się na ziemie i zaczęłam szlochać. Nie pozwolę im na ta rozłąkę. Wiem, jak się kochają. Jeszcze go tu sprowadzę...
I co o tym sądzicie? :)
Światła w domu były zgaszone, a na zegarku dochodziła północ. Pożegnałam się z Isaakiem, chciał pobyć sam i weszłam do środka. Nie byłam senna, wręcz przeciwnie kipiałam energią. Miałam ochotę krzyczeć i skakać z radości. Rana po mieczu już nie krwawiła i powoli się goiła czyli Bóg nie odebrał nam jeszcze skrzydeł. W przedpokoju zjadłam buty i weszłam do salonu. Na kanapie przykryta kocem spała Sara. Co ona tu robiła? Nie chciałam jej budzić, ale wystarczyło skrzypnięcie podłogi, by zerwała się do góry. Przez chwilę stała ospała, ale na mój widok uśmiechnęła się szeroko.
-Żyjesz! Och ty żyjesz! - Rzuciła mi się na szyje i przytuliła mnie mocno.
-Jak widać. - Zaśmiałam się.
-A Isaac? - W jej oczach zamigotał niepokój.
-Żyje. - Z niewyjaśnionego powodu do oczu napłynęły mi łzy.
-Tak się cieszę. - Uścisnęła mnie jeszcze raz i w końcu puściła. Przyjrzała mi się uważnie i dostrzegła krwawą plamę na mojej bluzce. Widząc jej spojrzenie wzruszyłam ramionami.
-No wiesz, małe komplikacje. Gdzie mama?
-Tu jestem kochanie. - Z ulgą spojrzałam za siebie. Mama stała w drzwiach od kuchni.
-Hej. - Szepnęłam i przytuliłam się do niej.
-Och skarbie. - Pogłaskała mnie po głowie.
-Nie mogłam odejść.- Dodałam cicho.
-Spodziewałam się tego -Ucałowała mnie w czoło. - W końcu jesteś moją córeczką. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
-A tata? - Wyraźnie się spięła.- Mamo co się stało? - Przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech.
-Kazałam mu odejść.
-Co? - Nie wierzyłam w te słowa.
-Tak będziesz bezpieczniejsza. Przywrócił mi śmiertelność i teraz będziemy żyły, jak normalni ludzie. - łzy spłynęły mi po policzkach.
-Ale mamo to mój tata. - Mój głos drżał.
-On cie kocha skarbie. Będzie nad tobą czuwał, ale...
-A co z tobą? Kochacie się! - Odsunęłam się gwałtownie.
-Ty jesteś ważniejsza od naszej miłości.
-Nie zgadzam się na to!
-Już podjęliśmy decyzje. O szóstej stracisz skrzydła. Od tej pory będziemy zwyczajne. Tego chciałaś.
-Ale już nie chce! Mamo proszę. - Przy ostatni słowie głos mi się załamał. Zerknęłam na Sarę, ale ona nic nie mogła na to poradzić.
-Wybacz mi kochanie. To dla twojego dobra. - Z tymi słowami weszła na górę i zamknęła się w swojej sypialni. To chyba był jakiś żart. Poczułam, jak przyjaciółka mnie obejmuje. Osunęłam się na ziemie i zaczęłam szlochać. Nie pozwolę im na ta rozłąkę. Wiem, jak się kochają. Jeszcze go tu sprowadzę...
I co o tym sądzicie? :)
piątek, 31 stycznia 2014
Info!
Jak widzicie Córka Lucyfera powoli dobiega do końca, więc wzięłam się za nowe opowiadanie tu macie link Przepowiednia dusz Zapraszam! :)
czwartek, 30 stycznia 2014
Rozdział 24
Po jego rękach spływa krew
po policzkach strumień rozpaczy łez.
Jej dusza odeszła, martwe ciało pozostało
jego serce krwawą szramą zapieczętowało.
Fidem wybuchnęła śmiechem, a ja tylko zazgrzytałam zębami. Miałam jej dość, a to, że sprowadziła tu Lily było ponad wszystko. Co ona sobie myślała? Nie jest królową całego świata i nie ma takiej władzy. Sparzy się na tym, że tak myśli.
-Uważasz skarbie, że będę z tobą walczyć? - Zapytała chichocząc. Jakbym mogła to bym zmiażdżyła ją wzrokiem.
-Tak. - Wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
-Nie rozśmieszaj mnie dziecinko - Posłała mi wyzywające spojrzenie. - Nie po to, to wszystko bym zabiła cie jednym ruchem ręki. - Spojrzałam z niepokojem na Isaaca, ale w jego oczach dostrzegłam to samo co czułam.
-Co masz na myśli? - Spytałam, wciąż mierząc do niej mieczem.
-Będziecie walczyć między sobą. Jeżeli nie, to możecie pożegnać się ze słodką Lily. - Moje serce wykonało bolesne salto. Od razu przeniosłam wzrok na rudowłosą dziewczynkę, beztrosko się huśtającą. Nie chciałam uwierzyć w to, że śmiała wykorzystać ją po to żeby zmusić nas do walki między sobą. Ta kobieta nie miała serca. Wyglądała niczym anioł, a tak naprawdę była demonem.
-Nie możesz... - Szepnął Isaac i ruszył w stronę siostry, ale Fidem szybko go powstrzymała i po raz kolejny rzuciła nim o ścianę.
-Przestań! - Wrzasnęłam i podbiegłam do chłopaka. Z kącika jego ust spływała strużka krwi. Szybko ją otarłam, a potem musnęłam palcami jego policzek.
-Nie zrobi jej krzywdy - Szepnęłam mu do ucha, tak by tylko on mnie słyszał. - Nie pozwolimy na to, dobrze? - Pokiwał lekko głową.
-Nie chce z tobą walczyć. - W jego głosie brzmiała desperacja.
-Ani ja z tobą. Kocham cie - Nim zdążył odpowiedzieć, pocałowałam go szybko, ale przelewając w ten pocałunek wszystkie swoje uczucia. - A teraz wstawaj. - Dodałam, uśmiechając się. Dźwignął się na nogi i wbił w Fidem śmiercionośne spojrzenie.
-To było wzruszające. - Zakpiła złotowłosa.
-Chciałabyś żeby ktoś powiedział ci, że cie kocha, co? - Włożyłam w te słowa tyle jadu, ile tylko zdołałam. - Ale żaden z nich nawet nie pomyślał o tobie w ten sposób. - Ciągnęłam bezlitośnie.
-Zamilcz!
-To twoja zemsta prawda? Zemsta za to, że nigdy cie nie kochali, że moja mama jest lepsza od ciebie. Nigdy nie byłaś wystarczająca i to cie boli. - Na jej twarzy malowała się wściekłość. Dłonie zaciskała w pięści z taką siłą, że kłykcie jej zbielały.
-Pożałujesz tych słów. - Mimo woli zadrżałam.
-Nie mogę się doczekać. - Isaac złapała mnie za ramię i przyciągnął bliżej siebie.
-Nie możesz nas zmusić do tego byśmy walczyli przeciwko sobie. - Oznajmił chłodnym, ale pewnym głosem.
-Jesteś głupcem jeżeli w to wierzysz - Warknęła i uniosła jedną rękę do góry. - Wystarczy, że kiwnę jednym palcem, a skręcę tej małej istotce kark. Tego chcecie?! - Poczułam, że Isaac się spina. Z ledwością mogłam przełknąć ślinę.
-Nie zrobisz tego. - Szepnęłam.
-Zrobię, a potem pozabijam was. - Obiecała. Przymknęłam powieki i wzięłam głęboki wdech. Co robić? Co robić?
-Dobrze - Wykrztusiłam. - Będziemy walczyć. - Klasnęła w dłonie i zaśmiała się.
-Tak właśnie myślałam!
~ ~ ~
-Co? - Pogłębiłem uścisk na ramieniu Cory. Nie mogła tego powiedzieć. Nie mogła. Nie stanę przeciwko niej. Nigdy.
-Nie martw się. - Szepnęła, odwracając się w moją stronę. - Damy radę. - Dodała poruszając tylko ustami. - Chciałem nią potrząsać i zapytać się, jak, ale powstrzymałem się, gdy zobaczyłem w jej oczach błysk. Musiała mieć jakiś plan.
-Jak mamy walczyć skoro mamy tylko jeden miecz? - Spytała unosząc broń do góry.
-Nie martw się o to. - Zapewniła Fidem ze słodkim uśmiechem. Pstryknęła palcami uniesionej dłoni i w jednej chwili nie staliśmy już na rynku tylko na placu wyłożonym czarnym kamienie. Plac otoczony był niskim murkiem a na przeciw stało ogromne zamczysko. U szczytu schodów, które prowadziły do mosiężnych ciemnych drzwi, stał wielki tron połyskujący złotem. Siedziała w nim Fidem, a na schodku niżej klęczała Lily przyglądając się nam z uśmiechem. W moim reku pojawił się miecz, dokładnie taki sam, jaki trzymała Cora, która stała kilka metrów ode mnie. Wokół placu zaczęła zbierać się widmowa widownia. Cora z przerażeniem zaczęła obserwować dusze, które wykrzywiały się w ciekawskich uśmiechach.
-Co to? - Szepnęła dziewczyna.
-Dusze zmarłych, które popełniły zbrodnie. - Wyjaśniłem.
-Koniec tego gadania! -Wrzasnęła zniecierpliwiona Fidem. - Zaczynajcie. - Z daleka zabrzmiał dzwon.Ten dźwięk przeszył mnie na wskroś. Brzmiał, jak wyrok śmierci.
-Tez cie kocham. - Wyszeptałem w stronę Cory. Brązowowłosa uśmiechnęła się pokrzepiająco i zaczęła krążyć, mocniej ściskając rękojeść miecza. Dołączyłem do niej i po chwili tańczyliśmy taniec śmierci. Z uwagą obserwowałem każdy jej ruch, nie chciałem zacząć pierwszy. Cora obróciła miecz w ręku i cięła ostrzem powietrze. Potem jeszcze raz i jeszcze, aż w końcu zaatakowała. Z łatwością odskoczyłem w bok a nasze miecze zderzyły się z głośnym hukiem. Na twarzy dziewczyny pojawił się łobuzerski uśmiech.
-Nie bądź mięczakiem. - Zażartowała. Nawet w takiej chwili potrafiła mnie rozbawić. Pchnąłem ostrze w jej stronę, a ona odpowiedziała tym samym. Ciągle wykonywaliśmy te same ruchy, byleby się nie skrzywdzić, ale Fidem chyba to się nie spodobało.
-Przestańcie się bawić! - Wrzasnęła. Wziąłem głęboki wdech, by się uspokoić, a w tedy ostrze Cory trafiło w moje ramie. Głośno wciągnąłem powietrze i upuściłem miecz. Dziewczyna patrzyła na mnie z przerażeniem.
-Przepraszam. - Wyszeptała. Na pocieszenie uśmiechnąłem się do niej blado i podniosłem miecz, krwawiącą ręką. Wydawał się być cięższy. Dzielił nas teraz może metr, jak nie mniej. Widziałem w jej oczach ból. Nie chciała mnie zranić. Stanąłem pewniej na nogach i zamachnąłem się lekko. Myślałem, że Cora odskoczy, ale ona niemal wkradła się pod ostrze, które drasnęło jej policzek.
-Co ty robisz? - Syknąłem ze złością. Przytknęła dłoń do rany.
-To musi wyglądać prawdziwie. - Odpowiedziała zachrypniętym głosem.
-Nie zabije cie. - Powiedziałem ostrzej niż zamierzałem.
-Chyba nie będziesz miał wyboru. - Zbiła mnie z tropu tymi słowami. Stałem nieruchomo, wpatrując się w nią z przerażeniem. Co było jej planem? Przestąpiła z nogi na nogę, rękojeść złapała obiema dłońmi i ruszyła ku mnie ze zbolałą miną. Chciała trafić w moje drugie ramie. Nie trafiła. Odparłem jej atak wytracając miecz z jej rąk.
-Przestań!
-Isaac bądź mężczyzną. - Powiedziała cicho i podeszła do mnie. Czubek miecza wbijał się lekko w jej brzuch.
-Cora nie bądź śmieszna. - Skarciłem ją z niepokojem.
-Gdy tu podejdzie, zabij ją moim mieczem. - Oznajmiła i nadziała się sztych, który przeszedł przez jej ciało, ocierając się o kości. Z moich ust wydobył się krzyk. Puściłem rękojeść, ale ostrze tkwiło w Corze po płaz i nie upadło. Dziewczyna opadła na kolana. A wokół rozbrzmiał dziecięcy krzyk. Krzyk Lily. Po brodzie Cory spływała krew. Opadłem obok niej, chwytając ją w ramiona.
-Coś ty narobiła? - Spytałem, czując, jak do moich oczu napływają łzy.
-Proszę, zabij ją.
Proszę nie krzyczcie na mnie. :) To jeszcze nie koniec, następny rozdział powinien pojawić się za tydzień.
niedziela, 26 stycznia 2014
czwartek, 23 stycznia 2014
Liebster Blog Award
No tak... Dostałam kolejną nominacje! Dziękuję Clove <3
Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymana od innego blogera w ramach uznania za ,, dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość rozpowszechniania. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie ty nominujesz 11 osób (informując ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Pytania :)
1. Jak długo już piszesz?
Ponad rok :)
2. Umiesz tańczyć? Co?
Niestety nie umiem :)
3. Twój ulubiony przedmiot w szkolę to...
Stanowczo przerwa :)
4. Gdzie mieszkasz?
Okolice Warszawy :P
5. Masz rodzeństwo?
Tak :)
6. Jesteś typem samotnika czy raczej wolisz towarzystwo?
A to zależy od humoru :)
7. Co myślisz o kanapkach z dżemem i kiszonym ogórkiem? (Hihihihihi) :P
Hmmm bleee xD
8. Twój ulubiony bohater/ bohaterka książki?
Och nie mogę wymienić jednego, jest ich zbyt wielu :D
9. Ulubiona książka.
Aktualnie Dotyk Juli i Finale :)
10. Masz dziwne pomysły?
Oj czasami :D
11. Wszyscy ci mówią, że jesteś psychopatą? :P
Niee, tylko ci niektórzy :D
Tym razem nominuje tylko jednego bloga:
http://falszywe-przeznaczenie.blogspot.com/
Pytania dla ciebie:
1.Jak masz na imię? :)
2.Masz rodzeństwo? Jeżeli tak to brata czy siostrę?
3.Twój ulubiony film?
4.Twoja ulubiona potrawa?
5.Czemu zaczęłaś pisać?
6.Wolisz słońce czy deszcz?
7. Jeżeli wakacje to góry czy morze?
8.Ile masz lat?
9.Kim chcesz zostać w przyszłości?
10.Jakiego koloru masz włosy?
11. Co lubisz w pisaniu? :)
środa, 22 stycznia 2014
Dostałam kolejną nominacje za co jestem bardzo wdzięczna Neva ;*
Mimo, że jest ona czwartą nominacją jest dla mnie równie ważna :)

Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymana od innego blogera w ramach uznania za ,, dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość rozpowszechniania. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie ty nominujesz 11 osób (informując ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Chyba nie ma takiego rodzaju, który bym lubiła najbardziej :)
2. Czemu piszesz bloga o takiej tematyce?
Chciałam stworzyć coś o czym dotychczas jeszcze nie pisałam :)
3. Jaki najlepszy przedmiot w szkole?
Przerwa xD
4. Lubisz pączki?
Uwielbiam <3
5. Masz jakieś szczególne zainteresowania?
Oprócz pisania i czytania, raczej nie :)
6. Co chcesz robić w przyszłości?
Chce zostać psychiatrą i oczywiście pisarką:)
7. Co sądzisz o ludziach, którzy są od czegoś uzależnieni?
Hmm nie wiem czy mogę ich osądzać, bo sama jest od kilku uzależniona :)
8. Teraz trudne pytanie. Co sądzisz o samobójcach?
Są to osoby trochę samolubne, bo nie żyjemy tylko dla siebie, ale także dla innych.
9. Mc czy KFC?
Mc xD
10. Ulubiona piosenka?
Aktualnie ziarecki - inna od wszystkich :D
11. Jaka jest najśmieszniejsza przeczytana przez Ciebie książka?
''Marzenia na miotle'' :)
Tym razem niestety nie nominuje żadnego bloga, bo przy ostatniej nominacji zużyłam swoje zasoby :)
Dziękuje jeszcze raz! ;* Pozdrawiam ;*
sobota, 18 stycznia 2014
Rozdział 23
I choć śmierć czai się w mroku, dumnie unoszę głowię i stawiam jej czoła.
Już się nie boje i już nie szlocham.
Jestem twarda jak skała, a delikatna jak rosa.
I krocze naprzód mając cie u boku.
I nad przepaścią łączymy swe dłonie, czekając na wieczność światła i mroku.
Uderzyła we mnie fala gorąca, prawie zwalając z nóg, jakby ktoś rzucił we mnie kulą ognia. Powietrze było tak ciężkie, że ledwo mogłem oddychać. Ściskając mocniej rękojeść miecza rozejrzałem się w okół, otwierając usta z przerażenia. Tak powinno wyglądać piekło. Stałem na ruinach zamku z czarnego kamienia. Na przeciw mnie rozciągał się nieskończony krajobraz bólu, cierpienia, rozpaczy. W moich uszach rozbrzmiewał przeraźliwy krzyk i szloch. Chciałem stąd uciec. Zrobiłem krok do przodu wdychając opary siarki. Przede mną znajdowały się kamienne schody prowadzące w dół. Ziemia u moich stóp była popękana i jarzyło się z jej dna złoto-pomarańczowe światło przesycone czarnym dymem. Ten cały świat płonął, płonął w głębi. Mimo butów czułem żar, jakbym stąpał po rozżarzonych kamieniach. Każdy następny krok wymagał ode mnie dużo wysiłku. Z każdą chwilą traciłem nadzieje. W oddali rysowało się miasto, także skąpane w ogniu i dymie. Czułem się, jakbym szedł przez pustynie. Z płonącej, popękanej ziemi nie wyrastała żadna roślina. Co nie gdzie leżały uschnięte zwęglone drzewa, wołające o pomoc, na którą dawno było za późno. Mimo krzyków i płaczu nie dostrzegłem ani jednej żywej duszy. Może to tylko moja wyobraźnia? Po czole i szyi spływały mi krople potu, ale dzielnie szedłem przed siebie. Wiedziałem co mam zrobić. Fidem gdzie się ukrywasz? Pokaż się. Powtarzałem te słowa jak mantrę w głowie. Byłem niemal pewny, że ona to słyszy, w końcu jest królową tej otchłani. Nie wiem ile minęło czasu, aż doszedłem do płonącego miasta minuty, godziny? Czułem, że niemal cała wieczność. Miasto otaczał gruby mur z ciemnego kamienia, a za wejście służyła żelazna brama, która była otwarta. Nie zastanawiałem się dwa razy czy przez nią przejść. Mógłbym się jeszcze rozmyślić. Pewnym krokiem wkroczyłem na rynek, otoczony wieloma budynkami. Na środku placu stały dyby, a w nie zakuta młoda kobieta. Jej srebrne włosy spływały kaskadą na ziemie, a po bladych policzkach ciekły krwawe łzy. Nad kobietą stał kat ubrany w czarna szatę z ogromną kosą w ręku. Wokół tej scenerii tłoczyło się mnóstwo ludzi... Nie wyglądali oni raczej jak duchy. Prawie przezroczyści , z lekkością unoszący się nad ziemią. Ich twarze wykrzywiały szaleńcze uśmiechy lub nieme krzyki. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, każdy wpatrzony był w srebrnowłosą.
-Za popełnioną zbrodnie skazuje cie na śmierć i wieczne życie w tułaczce po Abysso - Nagle rozbrzmiał silny kobiecy głos, przesycony odrazą. Z niepokojem rozejrzałem wokół i w końcu ją dostrzegłem. Fidem stała majestatycznie na kamiennej scenie po drugiej stronie rynku. Wyglądała zupełnie inaczej. Była piękna. Zdjęła swoją maskę bestii, ale wiedziałem, że to ona. Tych oczu nie da się pomylić i zapomnieć. Złote włosy falami spływały po jej wyprostowanych plecach i ramionach, sięgając niemal pasa. Ubrana była w czerwoną długą suknie idealnie opinającą jej smukłe ciało. Na wydatnych ustach błądził złowieszczy uśmiech. Wpatrywałem się w nią, jak zaczarowany póki nie rzekła. - Wykonać. - Wtedy kat uniósł kose, a z ust srebrnowłosej wydobył się okrutny krzyk, który za chwile umilkł, gdy ostrze odcięło jej głowę. Z drżącym oddechem zamknąłem oczy, nie chcąc patrzeć na bezwładne ciało. Nie uniosłem powiek, póki na policzku nie poczułem chłodnego dotyku. Natychmiast cofnąłem się o krok. Chciałem być, jak najdalej od Fidem.
-Gdzie twoja ukochana? - Spytała słodko, ale jej oczy wciąż były zimne.
-Jaką popełniła zbrodnie? - Postanowiłem uciec od tematu Cory.
-Zamordowała swojego męża, mój drogi - Odpowiedziała ze śmiechem. - Ale to nie nią powinieneś się martwić, wiesz?
-Nie możesz puścić nas wolno? - Spytałem szeptem z nikłą nadzieją?
-A gdzie byłaby wtedy zabawa? - Uśmiechnęła się szeroko.
-W takim razie zbij mnie, ale zostaw Core w spokoju. - Ton mojego głosu był pewny i silny.
-Miłość jest dla głupców. Nie masz mi nic do zaoferowania. Chce popatrzeć, jak zabijacie się na wzajem.
-Nie masz serca, co? - Wybuchnęła gromkim śmiechem.
-A po co mi ono, gdy mam to? -Rozłożyła ręce i zrobiła obrót wokół własnej osi. - Mam swój świat, potrzebna mi jest tylko mała rozrywka. Tym razem to będziecie wy. - Pstryknęła palcami i na scenie gdzie wcześniej stała, pojawiła się mała huśtawka, a na niej Lily.
~ ~ ~
-Jak mogłeś?! -Wrzasnęłam. - Jak mogłeś puścić go samego? - Po policzkach spłynęły mi łzy. Czułam się taka oszukana i wściekła.
-Cora on chciał cie tylko uratować. - Szepnął tata.
-I sam zginie! Nie chce by ocalił mnie kosztem własnego życia! - Nie mogłam powstrzymać swojego krzyku. Co on sobie myślał? Isaac ty idioto!
-Nie możesz go winić.
-Nie winię go - Prychnęłam. - Tylko ciebie. - Jego oczy otworzyły się szerzej. - Mogłeś go zatrzymać. Mogłeś! Czemu tego do jasnej cholery nie zrobiłeś?
-Bo mi także zależy na twoim życiu.
-Nie chrzań! - Chyba zaskoczyły go moje słowa, bo cofnął się o krok. - A teraz czy ci się to podoba,czy nie pójdę za nim, bo go kocham i nie pozwolę mu zginąć.
-Czemu nie chcesz docenić tego co dla ciebie zrobił? - Spytał ostro.
-Bo nie jestem samolubna, ojcze. - Minęłam go bez słowa. W korytarzu wpadłam na mamę.
-Chciałam go powstrzymać córeczko. - Oznajmiła zapłakanym głosem. Westchnęłam cicho i otarłam łzy.
-Dziękuje mamo. - Ucałowałam ją w policzek i zbiegłam do piwnicy. Po Bogu nie było ani śladu. Swój wzrok utkwiłam w połyskującym lustrze. Czemu musiało to spotkać akurat nas? Czemu to my musimy być wyjątkowi? Zadawałam sobie te pytania, ale tak naprawdę wiedziałam, że nigdy nie chciałam być normalna. Nawet za cenę życia. Mocno zaciskając dłonie w pięści, przeszłam przez portal. Nawet jeżeli zginę to niczego nie będę żałować. Widocznie tak miało być.
~ ~ ~
Stałem, jak zahipnotyzowany, wpatrując się w siostrę. Serce niemal mi pękło, gdy na jej usteczkach pojawił się łobuzerski uśmieszek.
-Cześć Isaac. - Przywitała się beztrosko.
-Hej Lil. - Mój głos był ledwo słyszalny. Nie mogłem uwierzyć w to, że ona naprawdę tu jest.
-Pomyślałam sobie... - Zaczęła Fidem, ale zamknęła usta, gdy szybkim ruchem ją spoliczkowałem.
-Dlaczego ona?! - Wrzasnąłem, wytrzymując jej ostre spojrzenie. - Ona nie ma nic z tym wspólnego.
-I tu się mylisz. Jest twoją siostrą. Może być kolejnym pionkiem w grze. - Powiedziała bezczelnie. W tej chwili miałem ochotę wbić jej ten miecz w serce, ale wiedziałem, że to jeszcze nie ta chwila.
-Nie możesz traktować nas, jak zabawek!
-Nie? Jak widać mogę. Tańczycie dokładnie tak jak wam zagram - Pokręciłem głową z niedowierzaniem. - Odkąd się urodziliście układałam plan. Wasz los był przesądzony od samego początku.
-Skąd mogłaś wiedzieć, że się spotkamy? - Spytałem szyderczo.
-Mogę wpływać na zachowanie ludzi. - Oznajmiła dumnie.
-Uważasz, że możesz wszystko? Że wszystko ci się uda? Pomyślałaś chociaż raz, że przegrasz tą grę?
-Nie. Jestem pewna swej wygranej, kochaniutki. - Splunąłem jej pod nogi. W jej oczach zajarzyła się złość. Uniosła rękę tym samym unosząc moje ciało do góry i cisnęła mną o ścianę jednego z budynków. Z sykiem osunąłem się na ziemie, wypuszczając miecz z dłoni. - Nie lekceważ mnie. - Wysyczała. Z odrazą przełknąłem krew, która pojawiła się w moich ustach.
-A ty nie lekceważ nas. - Głos Cory sprawił, że poderwałem się do góry. Za pomocą swojej mocy uniosła miecz, który w mgnieniu oka znalazł się w jej wyciągniętej ręce. Wyglądała, jak wojowniczka. Pierwsza myśl, która zaświtała mi w głowie to kiedy zdążyła się przebrać? Uśmiechnąłem się do siebie, jak głupi. Stoimy w obliczu śmierci, a ja moge tylko wpatrywać się w nią, jak w boginię. Wyglądała seksownie i mrocznie.
-Czekaliśmy na ciebie ślicznotko. - Zaświergotała Fidem.
-Nie mogłaś odpuścić co? - Szepnąłem. Spojrzała na mnie wzruszając ramionami.
-Nie może przecież ominąć mnie takie widowisko - Powiedziała z szerokim uśmiechem, który pobladł, gdy dostrzegła Lily. - Masz racje Fid. Ta mała wygląda groźniej z biczem niż ty w tej swojej czerwonej kiecce. - Mimo powagi sytuacji zachichotałem. Cora zamachnęła się mieczem i wycelowała w Fidem. - Staniesz do walki suko?
I jak? :) Pozdrawiam. :)
-Nie możesz traktować nas, jak zabawek!
-Nie? Jak widać mogę. Tańczycie dokładnie tak jak wam zagram - Pokręciłem głową z niedowierzaniem. - Odkąd się urodziliście układałam plan. Wasz los był przesądzony od samego początku.
-Skąd mogłaś wiedzieć, że się spotkamy? - Spytałem szyderczo.
-Mogę wpływać na zachowanie ludzi. - Oznajmiła dumnie.
-Uważasz, że możesz wszystko? Że wszystko ci się uda? Pomyślałaś chociaż raz, że przegrasz tą grę?
-Nie. Jestem pewna swej wygranej, kochaniutki. - Splunąłem jej pod nogi. W jej oczach zajarzyła się złość. Uniosła rękę tym samym unosząc moje ciało do góry i cisnęła mną o ścianę jednego z budynków. Z sykiem osunąłem się na ziemie, wypuszczając miecz z dłoni. - Nie lekceważ mnie. - Wysyczała. Z odrazą przełknąłem krew, która pojawiła się w moich ustach.
-A ty nie lekceważ nas. - Głos Cory sprawił, że poderwałem się do góry. Za pomocą swojej mocy uniosła miecz, który w mgnieniu oka znalazł się w jej wyciągniętej ręce. Wyglądała, jak wojowniczka. Pierwsza myśl, która zaświtała mi w głowie to kiedy zdążyła się przebrać? Uśmiechnąłem się do siebie, jak głupi. Stoimy w obliczu śmierci, a ja moge tylko wpatrywać się w nią, jak w boginię. Wyglądała seksownie i mrocznie.
-Czekaliśmy na ciebie ślicznotko. - Zaświergotała Fidem.
-Nie mogłaś odpuścić co? - Szepnąłem. Spojrzała na mnie wzruszając ramionami.
-Nie może przecież ominąć mnie takie widowisko - Powiedziała z szerokim uśmiechem, który pobladł, gdy dostrzegła Lily. - Masz racje Fid. Ta mała wygląda groźniej z biczem niż ty w tej swojej czerwonej kiecce. - Mimo powagi sytuacji zachichotałem. Cora zamachnęła się mieczem i wycelowała w Fidem. - Staniesz do walki suko?
I jak? :) Pozdrawiam. :)
sobota, 11 stycznia 2014
Rozdział 22
To ty pomagasz mi stać i nie zawracać.
To dzięki tobie tu jestem i wciąż idę na przód.
To dla ciebie żyje i życie oddam.
Tyś moją odwagą, nadzieją i wiarą.
-Oj, kochanie - Szepnęła Sara do mojego ucha, gdy moja głowa leżała na jej kolanach. Opowiedziałam jej o wszystkim co się dzieje, co czuje i o tym, że nie mam pojęcia co robić. Czułam się w tej chwili na miejscu. Sara mimo tego, że nie byłyśmy spokrewnione była dla mnie, jak siostra. Teraz pokazała, że naprawdę moge na nią liczyć. - Nie ma innego wyjścia, jak walka, prawda? - Głos rudowłosej był smutny. Otarłam wierzchem dłoni i łzy i spojrzałam na nią.
-Nie. - Powiedziałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu.
-Chciałabym żeby było inne wyjście. - Uśmiechnęłam się delikatnie, próbując ją w ten sposób pocieszyć.
-Ja też. - Pogłaskała mnie po włosach i pocałowała w czoło.
-Wiesz, że nie chce cie stracić? Jeżeli przegrasz dodatkowo skopie ci twój chudy tyłek. - Zaśmiałam się szczerze.
-Będę o tym pamiętać. - Mimo wszystkiego te słowa dodały mi otuchy. Mam dla kogo żyć i nawet Fidem mi tego nie odbierze. Ona nie ma nic. Zastanawiam się, jak to jest nie być przez nikogo kochanym. Nie mieć rodziny, bliskich, przyjaciół. Zapewne szuka rozrywki, by o tym wszystkim zapomnieć. Uśmiechnęłam się do siebie w duchu. Ja i Isaac jesteśmy ponad ją. Mamy siłę, o której ona nawet nie śniła. Mamy miłość. Pokrzepiająca była ta myśl. Z westchnieniem ulgi usiadłam i spojrzałam na przyjaciółkę już z lepszym humorem.
-Chcesz już wrócić do domu? - Spytała z uśmiechem. Pokręciłam głową przecząco.
-Jeszcze nie. Chce pobyć z tobą. Opowiadaj co nowego w szkole.
-Jeżeli chodzi o szkołę to nauczyciele wciąż się o ciebie wypytują, a ja naprawdę nie wiem co im powiedzieć.
-Och - Zrzedła mi mina. - Przykro mi.
-Oj proszę cie - Walnęła mnie poduszką. - Milo się patrzy,jak się denerwują, gdy odpowiadam Nie wiem. - Wyszczerzyła białe zęby w szerokim uśmiechu.
-Jesteś okropna. - Zaśmiałam się, przytulając poduszkę.
-Wiem. Chodzą o tobie i Isaaca różne ploty. Ludzie mają naprawdę wyobraźnie. - Zmarszczyłam czoło.
-Co takiego mówią? - Nie udolnie próbowała zachować powagę.
-Angela twierdzi, że uciekłaś z Isaakiem i nikt nie wie gdzie jesteście. Inni zaś twierdzą, że ciebie także podpalił i gdzieś zakopał, a policja nie może znaleźć twojego ciała, dlatego milczy - Nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem. - Nie śmiej się, oni traktują to na poważnie. Wciąż do mnie przychodzą i pytają o potwierdzenie swoich tez, ale ja tylko smutno oświadczam, że nie moge nic na ten temat mówić. - Z dumą uniosła podbródek. Na jej ustach malował się zwycięski uśmiech.
-Na szatana, gdzie ci ludzie posiali swój rozum? - Gdy rudowłosa chciała odpowiedzieć, w pokoju rozbrzmiał dźwięk jej komórki. Wywracając oczami, wygrzebała telefon spod pościeli.
-Halo?... Tak jest u mnie... Oczywiście... Tak, zaraz jej przekaże... Do widzenia. - Zerknęłam na nią pytająco. - To twoja mama.
-Co chciała? - Spytałam z nie pokojem.
-Prosi byś natychmiast wracała do domu. - Nic więcej nie potrzebowałam. Szybko zerwałam się z łóżka i pognałam w stronę wyjścia.
~ ~ ~
-Isaac proszę cie, nie to miałam na myśli. - Zrozpaczony głos May doprowadzał mnie do szału.
-Mimo wszystko nie zmienię zdania. - Powiedziałem surowo, nie zerkając na nią. Chce uratować Corę tak samo, jak ona, więc czemu, stara się mnie powstrzymać?
-Ona ci tego nie wybaczy - Te słowa zmusiły mnie, by na nią spojrzeć. Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. - Nie wybaczy ci, rozumiesz? Nie możesz pójść bez niej.
-May, chce ją uratować. Tylko to się liczy. - Odpowiedziałem pewnym głosem.
-Choćbyś miał zginąć? Co da jej twoja śmierć? Wtedy sama będzie musiała uporać się z Fidem, a oboje wiemy, że w pojedynkę żadne z was nie da rady.
-Nie ma jak to wiara, co? - Spytałem kąśliwie.
-Nie wiesz na co się porywasz - Zignorowałem ją. Aż za dobrze wiedziałem. Z głęboki wdechem podszedłem do kominka w salonie. Lucyfer kazał mi tu poczekać. Ethan przygotowywał portal. Chciałem tego. Naprawdę i wierzyłem, że dam radę. Musiałem. Zbliżyłem dłonie do ognia. Poczułem nagły chłód, a moje ciało ogarniał coraz większy niepokój. Chciałem to zrobić już. - Isaac, błagam nie rób jej tego. - Już wiem po kim Cora jest taka uparta.
-Nie mam wyjścia. - Szepnąłem, wpatrując się w języki ognia. Jak tam będzie? Jak ją odnajdę? Jak zabije? Te wszystkie pytania huczały w mojej głowie.
-Zawsze jest i dobrze o tym wiesz. - Posłałem jej ostre spojrzenie, zaciskając usta w wąską kreskę.
-Przestań. - Warknęłam. Nie chciałem być chłodny w stosunku do niej, ale nie mogłem ustąpić. W drzwiach pojawił się Lucyfer.
-Gotowe. - Z sykiem wypuściłem, wstrzymywane powietrze. Kiwnąłem głową i ruszyłem za nim, ignorując zupełnie May, która wpatrywała się we mnie błagalnie. W ciszy zeszliśmy do piwnicy. W pomieszczeniu pojawiła się nowa rzecz. Ogromne lustro, którego tafla migotała magicznie.
-Jesteś pewien? - Spytał Bóg, ale brzmiał tak, jakby go to wcale nie obchodziło.
-Tak - Mój wzrok powędrował do miecza. Podszedłem do stołu i musnąłem opuszkami palców jego połyskującą klingę. - Mogę? - Pytająco popatrzyłem na Ojca Cory.
-Jest twój. - Z pewnością chwyciłem za jego rękojeść i uniosłem do góry. Był lżejszy niż się wydawał. Poczułem, jak przepełnia mnie jego siła. Wyciągnąłem go przed siebie i obserwowałem, jak wygląda w moim ręku. Idealnie pasował do kształtu dłoni.
-Co mam z nim zrobić? - Spytałem, obracając miecz.
-Musisz przebić jej serce.
-Przebić serce - Powtórzyłem, przyswajając te słowa. - Łatwizna. - Zażartowałem słabym głosem.
-Jesteś gotowy? - Spojrzałem na Lucyfera.
-Nie, ale chce to już zrobić. - Uśmiechnął się delikatnie.
-Musisz przejść prze lustro. To portal, który zabierze cie do Abysso- Wziąłem kilka głęboki wdechów i zbliżyłem się do lustra w złotej ramie. -Uważaj na siebie. - Pierwszy raz w głosie Boga pojawiła się troska. - Nie odpowiedziałem, tylko zrobiłem krok do przodu, przekraczając granice do świata Fidem.
Info do Neva :)
Jeszcze nie wiem czy będzie druga część, bo tak naprawdę nie mam jeszcze ukształtowanego do końca zakończenie. :) Miło mi, że przeczytałaś Fatum i Layle i cieszę się, że wywołało to u ciebie takie emocje. :) Jeżeli jesteś zainteresowana to do obu opowiadań jest kontynuacja. :)
Pozdrawiam! ;*
-Tak - Mój wzrok powędrował do miecza. Podszedłem do stołu i musnąłem opuszkami palców jego połyskującą klingę. - Mogę? - Pytająco popatrzyłem na Ojca Cory.
-Jest twój. - Z pewnością chwyciłem za jego rękojeść i uniosłem do góry. Był lżejszy niż się wydawał. Poczułem, jak przepełnia mnie jego siła. Wyciągnąłem go przed siebie i obserwowałem, jak wygląda w moim ręku. Idealnie pasował do kształtu dłoni.
-Co mam z nim zrobić? - Spytałem, obracając miecz.
-Musisz przebić jej serce.
-Przebić serce - Powtórzyłem, przyswajając te słowa. - Łatwizna. - Zażartowałem słabym głosem.
-Jesteś gotowy? - Spojrzałem na Lucyfera.
-Nie, ale chce to już zrobić. - Uśmiechnął się delikatnie.
-Musisz przejść prze lustro. To portal, który zabierze cie do Abysso- Wziąłem kilka głęboki wdechów i zbliżyłem się do lustra w złotej ramie. -Uważaj na siebie. - Pierwszy raz w głosie Boga pojawiła się troska. - Nie odpowiedziałem, tylko zrobiłem krok do przodu, przekraczając granice do świata Fidem.
Info do Neva :)
Jeszcze nie wiem czy będzie druga część, bo tak naprawdę nie mam jeszcze ukształtowanego do końca zakończenie. :) Miło mi, że przeczytałaś Fatum i Layle i cieszę się, że wywołało to u ciebie takie emocje. :) Jeżeli jesteś zainteresowana to do obu opowiadań jest kontynuacja. :)
Pozdrawiam! ;*
piątek, 3 stycznia 2014
Rozdział 21
Oddam serce w twe rozgorzałe ręce
Oddam swoje życie i duszę
Tylko powiedz kim dla ciebie jestem, że mnie kochasz i nie chcesz nikogo więcej
Sprawię, że uniesiesz się do gwiazd, a potem opadniesz w me ramiona
Tylko powiedz kocham
Powiedz, że jestem tylko ja.
Gdy poczułam znajomy zapach domu, otworzyłam oczy i odskoczyłam od Isaaca, który wylądował na łóżku. Przeniosłam nas do mojego pokoju. Wypuściłam z płuc wstrzymywane powietrze i zaczęłam bezsensu krążyć w kółko, czując na sobie wzrok zielonookiego.
-Co się stało? - Spytał, przyglądając mi się zaniepokojony. Jak miałam mu to powiedzieć? Poczułam, jak po moich policzkach spływają łzy. Tego było za dużo. - Cora? - Zaczęłam oddychać spazmatycznie, na marne próbując się uspokoić.
-Ona nas zabije. Nie mamy najmniejszych szans. - Szepnęłam.
-O czym ty gadasz? Zatrzymaj się na chwilkę. - Nakazał, wstając, ale nie miałam zamiaru go słuchać. Musiałam, jakoś wyładować panujące we mnie napięcie.
-Wkradła się w mój świat. Mój świat! Rozumiesz? Ona jest zbyt potężna. Jednym machnięciem ręki nas sprzątnie. Na szatana... Nie chce umierać. - Poczułam jego dłonie na ramionach.
-Uspokój się! - Jego podniesiony głos sprawił, że zadrżałam. - Dobrze, a teraz mi o wszystkim opowiedz. - Energicznie pokręciłam głową. Chciałam mu się wyrwać, ale jego uścisk był zbyt silny. - Cora, kochanie przestań wariować. - Na słowo kochanie znieruchomiałam. - Wszystko będzie dobrze, tylko opowiedz mi co się stało. Proszę... - Poddałam się i pozwoliłam się objąć. Wciągnęłam do płuc zapach jego ciała, rozkoszując się jego bliskością/
-Miałam wizję... Ona każe nam ze sobą walczyć. - Mój głos drżał.
-To niemożliwe. Nigdy nie stanę przeciwko tobie. - Otarł kciukiem moje łzy. - Wiesz o tym prawda?
-Fidem ma plan. Zniszczy nas.
-Nie pozwolę jej na to. - Był taki pewny tego co mówił. Łamało mi to serce. Odsunęłam się od niego na wyciągniecie ręki i z desperacją spojrzałam w jego szmaragdowe oczy.
-Ona wykorzystuje Lily. Opętała ją, dała jej wzrok, dlatego mała widziała nasze skrzydła. - Znieruchomiał, a na jego twarzy malował się szok.
-To nie może być prawda... - Jego głos brzmiał, jakby dochodził z daleka.
-Chciałabym żeby tak było. - Szepnęłam.
-Nie moge na to pozwolić! Nie może jej skrzywdzić. - Chwyciłam jego dłoń.
-Ona nie chce skrzywdzić jej tylko nas. - Wciągnął z sykiem powietrze.
-To wszystko poszło za daleko. - Przymknęłam powieki, próbując ujarzmić chaos panujący w mojej głowie.
-Przepraszam... - Z tymi słowami wybiegłam z pokoju. Potrzebowałam z kimś porozmawiać. Potrzebowałam swojej przyjaciółki. Nie wymagałam by zrozumiała, ale by mnie wysłuchała. Tego teraz potrzebowałam. W korytarzu wyminęłam mamę, która patrzyła na mnie z troską.
-Cora! - Krzyknęła za mną.
-Później mamo. - Powiedziałam cicho, nie byłam pewna czy mnie usłyszała. Zdyszana wypadłam z domu i stwierdziłam z szokiem, że jest już popołudnie. Nie było nas całą noc i ranek. Mama musiała odchodzić od zmysłów. Obejrzałam się na dom, ale nie zawróciłam. Pewnym krokiem ruszyłam w stronę domku Sary. Miałam nadzieje, że jest w domu. Jaki mamy dzień tygodnia? Oby to była sobota, bo inaczej porozmawiam sobie z drzwiami. Przyjaciółka nie opuszczała szkoły bez powodu... Szkoła... Matko boska. W ogóle nie myślałam o szkole przez ten czas. Ile dni opuściłam? Czekają mnie kłopoty. Z każdym dniem robiło się coraz zimniej, nim doszłam do domu rudowłosej zmarzłam i nawet pocieranie ramion nie pomogło. Nie pewnie podeszłam do drzwi i zapukałam.
~ ~ ~
Patrzyłem w ślad za Corą zastanawiając się czy za nią podążyć. W końcu doszedłem do wniosku, że potrzebuje przestrzeni. Wypuszczając ciężko powietrze, opadłem na krawędź łóżka, wpatrując się w lustro stojące naprzeciwko, w jego tafli pokazała się sylwetka May.
-Gdzie byliście? - Szepnęła, nie przekraczając progu.
-U mojej biologicznej mamy.
-Co się stało? Zaczynam się bać Isaac. - Odwróciłem się w jej stronę.
-Ja też - Pokręciła głową, jakby chciała wyrzucić niechcianą myśl z głowy. Wyglądała tak młodo. Wieczne życie. Nie ma nic bardziej pięknego i przerażającego jednocześnie. - Miała kolejną wizje. - Westchnęła cicho.
-Przez to wszystko niemal przestała rysować. - Zachowywała się, jakby chciała uciec od tematu.
-Walczyliśmy przeciwko sobie.
-Och... To... Fidem to wstrętna zdzira. - Mimo woli zaśmiałem się.
-Przecież jej nie znasz, prawda?
-Chce zabić moje dziecko. To mi wystarczy. - Uśmiechnęła się ciepło. - Zapewne nie wiesz gdzie poszła? - Smutno pokręciłem głową.
-Niestety. - Spuściła głowę, jakby chciała się ukryć.
-Chciałabym żeby nie musiała przez to przechodzić. - Nagle znieruchomiałem, gdy prze moją głowę przeszła paraliżująca myśl. Przecież nie musi. Zerwałem się do góry i nie zważając na ciekawskie spojrzenie May zbiegłem na dół, a potem do piwnicy. Lucyfer i Bóg stali naprzeciwko siebie, mierząc się nienawistnym wzrokiem.
-Broń jest już gotowa. - Powiedział cicho ojciec Cory na mój widok.
-Świetnie. - Podszedłem do stołu i przyjrzałem się mieczowi. Jego blask nasilił się, a czerwień przebijała się złowrogo przez srebro.
-Jutro możecie zaczynać. - Dodał Ethan, nie spuszczając wzroku z Lucyfera.
-Nie - Uciąłem, zerkając na nich. - Pójdę dziś. Sam.
-Oszalałeś? - Wybuchnął Lucyfer, piorunując mnie spojrzeniem.
-Ona nie musi się narażać.
-Nie dasz rady sam. - Powiedział szczerze Bóg.
-Mogę spróbować. - Mój głos brzmiał pewnie.
-I zginąć? Przestań sobie żartować Isaac. - Ojciec Cory wyglądał srogo, ale patrzył na mnie z dziwnym przejęciem. - Nie pozwolę ci na to.
-A ja nie pozwolę jej zginąć. - Moje serce biło, jak oszalałe, ale byłem pewny swego. Mogłem zginąć, byleby ona była bezpieczna. - Proszę, pozwólcie mi na to.
Witajcie kochani w nowym roku, który mam nadzieje zaczął się dobrze. :) Ten rozdział pisało mi się strasznie długo, ale mam nadzieje, że nie wyszedł tak bardzo źle, jak mi się wydaje. :) Myślę, że tak jak wcześniej rozdziały będą pojawiać się pod koniec każdego tygodnia, ale nic nie obiecuje. W każdym bądź razie życzę spóźnionego szczęśliwego nowego roku. Mam nadzieje, że spełnią się wasze marzenia i odniesiecie same sukcesy. Pozdrawiam i do usłyszenia za tydzień. Pozdrawiam! :)
czwartek, 26 grudnia 2013
LIBSTER AWARD
Po raz kolejny zostało nominowana do LIBSTER AWARD. Tym razem bardzo dziękuje Galowi Anonimowi.

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.''
To pytania, które postanowił zadać mi Gal Anonim: :)
Tego od ponad 5 miesięcy.
Ogólnie bloguje ponad rok.
2. Co dostałaś na święta?
Pieniądze, słodycze, biżuterie a co najważniejsze Książkę (Idealna Chemia)
3. Co cię zmotywowało do prowadzenia bloga?
Chęć zaprezentowania się szerszej publice.
4. Lubisz śnieg?
Póki nie pada na mnie, owszem :)
5. Jaką książkę lubisz najbardziej?
Chyba nie umiem ocenić którą lubię najbardziej, bo każda jest inna, ale gdybym miała wybierać z ulubionych był by to Dotyk Juli, Seria Dary anioła, Seria Diabelskie Maszyny.
6. Najdziwniejsza rzecz jaka cię spotkała?
O kurczę, nic sobie w tej chwili nie przypominam. :)
7. Masz zwierzaka?
Tak. Króliczka.
8. Lubisz kolor pomarańczowy albo zielony?
Nie przeszkadzają mi.
9 Jaki lubisz kolor?
Fioletowy, Granatowy i czarny.
10. Oglądałaś Dzwoneczka?
Tak :)
11. Co to jest? Rano chodzi na czterech nogach w południe na dwóch a wieczorem na trzech?
Człowiek.
Nie nominuje 11 osób, bo nie czytam tylu blogów, ale moim zdaniem zasłużyli na to:
http://yourloveismydrugforever.blogspot.com/
http://the-wings-to-the-sky.blogspot.com/
Moje pytania dla was:
1. Co robisz, aby się zmotywować do pisania?
2. Jak zabijasz nudę?
3. Wierzysz w duchy?
4. Kim – jako dziecko – chciałeś/chciałaś być, kiedy dorośniesz?
5.Co zmieniłbyś/zmieniłabyś w swoim życiu?
6. Pięć najlepszych książek, jakie przeczytałaś?
7.Czy istnieje raj na ziemi?
8.Lubisz deszcz?
9. Co cenisz w opowiadaniach?
10.Jakie są twoje ulubione imiona?
11.Największe marzenie?
Jeszcze raz bardzo dziękuję. :)
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Rozdział 20
W jaki rytm bije twoje serce, gdy szepce kochanie?
Co czujesz, gdy budzisz się rano wtulony w moje ramie?
Czy moje łzy parzą niczym ciekły azot?
Powiedz co czujesz, spraw, że tańczyć będę chciała w rytm życia twojego ciała.
Spraw, że moje serce nigdy się nie zatrzyma.
Powiedz, więcej tego nie wytrzymam.
Uchyliłem powieki i oniemiałem. Krajobraz rysujący się przede mną zapierał dech w piersi. Staliśmy na niewielkiej polance, wiał ciepły wiatr, a na niebie wysoko wznosił się księżyc w otoczeniu jarzących się gwiazd. Po środku polany stało ogromne drzewo nie wzruszone wiatrem. Z jednej jego gałęzi zwisała huśtawka. W oddali dało się słyszeć szum płynącej wody. Rozejrzałem się dookoła szukając źródła tego dźwięku, a moim oczom ukazał się strumień ze srebrzyście świecącą wodą.
-Takie miejsce ci odpowiada? - Szept Cory wyrwał mnie z zachwytu.
-Jest tu przepięknie. - Musnąłem jej usta.
-Chodź. - Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę drzewa. Dopiero po chwili dostrzegłem zeszyt leżący obok jego korzenia.
-Co to? - Spytałem ściągając brwi do góry. Uśmiechnęła się uroczo i schyliła się po zeszyt.
-Mój rysownik. Przez to wszystko co się teraz dzieje nie miałam czasu, by rysować. Teraz... - Wzruszyła ramionami i usiadła na ziemie, opierając się plecami o pień drzewa. Poszedłem w ślad za nią. Trawa była miękka i pachnąca, łaskotała moje dłonie. Głowa Cory opadła na moje ramie. - Chciałabym zostać tu na zawszę.
-Wiesz, że to nieprawda. - Westchnęła i rozłożyła rysownik na kolanach.
-Tak, wiem, ale przyznaj, że można by zatracić się tu w czasie. - Zaśmiałam się cicho, głaszcząc ją po włosach.
-Można, ale nie tego chcemy. Przynajmniej ja. Musimy wygrać tę wojnę, by móc spokojnie żyć. Razem. - Spojrzała w moje oczy z delikatnym uśmiechem.
-Razem? Masz aż tak poważne plany wobec mnie? - Spytała żartobliwie.
-Przy mnie nie musisz udawać. - Przymknęła powieki, kiwając głową.
-Wiem. Wiem także, że życie przy tobie będzie łatwe, jak oddychanie.
-A nie tego chcesz? - Nuta wątpliwości wkradła się w mój ton.
-Chce być tylko szczęśliwa.
-A ja chce ci to szczęście dać. - Otworzyła z powrotem oczy i pocałowała mnie. Żarliwie i z uczuciem.
-Kocham cie. - Szepnęła między pocałunkami. Moje serce podskoczyło radośnie. Chwyciłem ją w pasie i posadziłem na kolanach, mocno przytulając.
-Jesteś całym moim światem - Powiedziałem w odpowiedzi. - Całym pięknym światem. - Wtuliła się w mój tors, głęboko oddychając.
-Tak bardzo pragnę byśmy wyszli z tego cało. - Mówiła głosem przepełnionym smutkiem. - Tak bardzo. Czemu zawsze coś musi stać na drodze do szczęścia? Co takiego zrobiliśmy, że musimy teraz za to płacić? - Poczułem, jak gorące łzy skapują na moją koszulkę.
-Hej - Chwyciłem ją pod brodę i spojrzałem w błękitno-szare oczy. - Nie martw się. - Starłem kciukiem słone krople. - Wszystko się ułoży.
-A jak nie?
-Nie wolno ci w ogóle o tym myśleć, dobrze?
-Nie chce umierać. - Wyszeptała z przerażeniem.
-Ja też. Będziemy żyć, jasne? - Pokiwała głową, przybierając sztuczny uśmiech.
-Długo i szczęśliwie, jak w bajce.
-Jak w bajce.
~ ~ ~
Delikatnie wysunęłam się z ramion śpiącego Isaaca i sięgnęłam po swój rysownik. Usiadłam przed nim i odgarnęłam włosy do tyłu. Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam zeszyt. Ostatni rysunek przedstawiał dziewczynę i chłopaka. Przypomniałam sobie, jak rysowałam go w parku, a potem potrącił mnie samochód. Nie były to miłe wspomnienia. Wiedziałam jednak teraz, że była to wizja i przedstawiała mnie Isaaca. Przedstawiała to co teraz działo się w naszym życiu i to co wydarzy się niedługo. Chciałabym zmusić się do narysowania ciągu dalszego, ale wiedziałam, że to na nic... Oblizując suche wargi, przewróciłam kartkę na czystą stronę i chwyciłam ołówek, który zwisał przywiązany na wstążce do zeszytu. Spojrzałam na spokojną twarz Isaaca. Wyglądał olśniewająco w świetle księżyca. Przytknęłam ołówek do kartki i całkowicie odpływając zaczęłam szkicować swojego ukochanego pora drugi w życiu. Byłam pewna, że jeżeli przeżyjemy, jeszcze nie raz będę go rysować. Ręka niemal sama sunęła po papierze, byłam, jak w transie. Moje serce biło mocno, a oddech ledwo wydostawał się z ust. Chciałam to przerwać lecz nie mogłam. Była to kolejna wizja, ale nie chciałam poznać co przedstawia. Nie tym razem, jednak nie miałam wyjścia. Gdy ostatnia kreska połączyła cały obraz wydobyłam z siebie cichy jęk i opadłam na ziemie. Byłam cała mokra. Rysownik wciąż spoczywał w mojej wyciągniętej w bok ręce, Wystarczyło zmusić się do ruszenia nią, by zobaczyć co przedstawia rysunek. Walczyłam sama ze sobą, ale w końcu uległam pokusie i ciekawości. Wstała i odwróciłam się plecami do Isaaca i dopiero w tedy spojrzałam w rozłożony zeszyt. Chłopak z rozłożonymi białymi skrzydłami, ubrudzonymi krwią stał z mieczem w ręku w środku chaosu. Krajobraz przedstawiał piekło z filmów i opowiadań. Czarny dym, zrozpaczone, złe, samotne dusze okalały jego ciało. Oddech ugrzązł mi w gardle, ale najbardziej przerażająca w rysunku była postać stojąca naprzeciw anioła. Dziewczyna w zwiewnej czarnej sukni z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Z jej dłoni wydostawały się czarne pnącza, pełznące w stronę chłopaka. Rysunek przedstawiał scenę walki. Walki mojej z Isaakiem. Zaszlochałam cicho przerażona. Osunęłam się na kolana, wciąż spoglądając na wizje. To nie mogła być prawda. Nie mogła nam tego zrobić.
-Błagam... - Wyszeptałam. Moich uszu dobiegł cichy śmiech. Znieruchomiałam. Podniosłam wzrok z nad rysunku i rozejrzałam się dookoła. W oddali dostrzegła zarys czyjejś postaci. Przerażenie ścisnęło mnie za gardło. To był mój świat... Jak ktoś miałby się tu dostać? Śmiech stał się donioślejszy, a tajemnicza postać zaczęła się zbliżać. Z każda chwilą była coraz bliżej. Rysownik wyślizgnął się z moich spoconych rąk. To była mała dziewczynka. W okół jej okrągłej twarzy falowały się rude włosy. Podskakiwała radośnie wciąż się śmiejąc. W małej rączce trzymała... Bicz.
-Na szatana Lily... - Zimny warkot, zmył słowa z moich ust.
-Jesteście głupi myśląc, że mnie pokonacie. - Głos dziewczynki przesycony był grozą.
-Fidem. - Zerwałam się do góry i cofnęłam się o krok w tył. W stronę Isaaca.
-Oboje zginiecie. Jesteś dla mnie niczym. Rozumiesz? - Wybuchła śmiechem, jakby własne słowa ją rozbawiły. Moje serce galopowało boleśnie. - Wypatroszę was... - Zamachnęła się biczem. Rozległ się niemiły odgłos przecinanego powietrza. Wyglądała przerażająco. Mała, rudowłosa dziewczynka z biczem. Mała Lily. Był to obraz, jak z horroru. - Wy małe niepotrzebne śmiecie... - Zachichotała i ruszyła w moją stronę. Odwróciłam się na pięcie i w jednym skoku dopadłam Isaaca.
-Obudź się! - Wrzasnęłam. Jego powieki uchyliły się leniwie. Złapałam go za ręce i wyobraziłam sobie swój dom. Błagam, błagam szybciej...
-Sprawie, że będziecie płonąć w agonii strachu i cierpienia...
Kochani o to rozdział 20, jak widać. To taki prezent ode mnie w ramach świąt :) Jesteście ze mną już 5 miesięcy i bardzo za to dziękuję :) Powolutku zmierzamy do nieuniknionego końca, ale mam nadzieje, że gdy będę pisać inne opowiadania nie zabraknie was:) Następny rozdział za pewne pojawi się dopiero w po nowym roku, więc nie opuszczajcie mnie i nie martwcie się, że o was zapomniałam. :)
W każdym bądź razie kochani moi życzę wam ciepłych, szczęśliwych i radosnych świąt w gronie bliskich. By nie zabrakło prezentów i świątecznej atmosfery, a także by wasze najskrytsze marzenia spełniły się w przyszłym, mam nadzieje lepszym roku. Jeszcze raz wesołych świąt! :)
Kochani o to rozdział 20, jak widać. To taki prezent ode mnie w ramach świąt :) Jesteście ze mną już 5 miesięcy i bardzo za to dziękuję :) Powolutku zmierzamy do nieuniknionego końca, ale mam nadzieje, że gdy będę pisać inne opowiadania nie zabraknie was:) Następny rozdział za pewne pojawi się dopiero w po nowym roku, więc nie opuszczajcie mnie i nie martwcie się, że o was zapomniałam. :)
W każdym bądź razie kochani moi życzę wam ciepłych, szczęśliwych i radosnych świąt w gronie bliskich. By nie zabrakło prezentów i świątecznej atmosfery, a także by wasze najskrytsze marzenia spełniły się w przyszłym, mam nadzieje lepszym roku. Jeszcze raz wesołych świąt! :)
czwartek, 19 grudnia 2013
Rozdział 19
I jest tak, że nie moge spać.
I wciąż zastanawiam się, co przyniesie jutrzejszy dzień.
Może spotkam cie w tłumie i spojrzę w twe oczy
i serce na chwile zatrzyma się, a ty nadal przed siebie będziesz kroczyć. Miniesz mnie obojętnie, bo przecież mnie nie ma, jestem tylko brudnym powietrzem, nikłym wspomnieniem i złamanym sercem.
Na dworze powoli zapadał zmrok i wiał delikatny wiaterek, który rozwiewał moje rozpuszczone włosy. Wciąż czułam niepokój po tym co powiedziała mi Lily. Zastanawiałam się, jak to możliwe? Przecież ona jest zwyczajnym dzieckiem, ale... Dzieci nie kłamią. Nie wymyśliła sobie tego co widzi, byłam tego pewna. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na tarasowe drzwi wiktoriańskiego domku. Siedziałam na drewnianej huśtawce, zwisającej z drzewa, czekając na Isaaca, który żegnał się z matką i przyrodnią siostrą. Nie chciałam im przeszkadzać, tym bardziej, że Isaac mógł już nigdy więcej ich nie zobaczyć. Serce ścisnęło mi się boleśnie. To też dotyczyło mnie. Już nigdy więcej mogłam nie zobaczyć mamy, czy taty... Prawdopodobieństwo, że stracę ich na zawsze rozsadzało mnie od środka, skręcając wszystkie wnętrzności. Starałam się o tym, jak najmniej myśleć, ale dzień naszej walki z Fidem był coraz bliżej. Dzień sądu. Potrząsałam głową, jakby to miało mi pomóc wyrzucić te myśli z głowy. Nie mogłam w nas zwątpić, bo inaczej przegramy. Byłam o tym święcie przekonana. Wiara to jedyne co nam zostało.
-Czuje się tak, jakbym znał ich od zawsze. - Szept Isaaca, uciszył burze w mojej głowie.
-Spodziewałeś się tego? - Spytałam, nie odwracając się do niego. Poczekałam aż podszedł i objął mnie w tali i dopiero wtedy spojrzałam mu w oczy. Były jednocześnie smutne i radosne. Tak skrajne emocje, jednocześnie nigdy nie wróżyły nic dobrego.
-Sam nie wiem czego się spodziewałem - Pocałował mnie w czubek głowy i schował twarz w moich włosach. - Czuje się źle odchodząc i nie mówiąc jej prawdy.
-Prawda nie zawsze jest dobra.
-Ale lepsza od kłamstwa.
-Nie zawsze, czasem prawda rani tak boleśnie, że później tej rany nie da się zasklepić. Nie raz warto nie wypowiadać słów, które mogą odmienić życie.
-Ty zaryzykowałaś mówiąc mi o tym kim jestem. - Podniósł głowę do góry i wbił we mnie szmaragdowe spojrzenie.
-I teraz nie wiem czy powinnam tego żałować - Szepnęłam, odwracając wzrok. - Może gdybym postąpiła inaczej...
-A ja cieszę się, że to zrobiłaś.
-Czemu? - Nie odpowiedział. Chwile przyglądał mi się, a potem złożył delikatny pocałunek na moich rozchylonych wargach. Westchnęłam cicho, a Isaac przyciągnął mnie bliżej. Chciałam całować i czuć go dalej, ale oderwałam się od niego i dysząc, oparłam głowę o jego szybko unoszącą się klatkę piersiową.
-Coś nie tak? - Spytał z troską.
-Lily widzi nasze skrzydła.
-Co? Przecież my nie mamy skrzydeł.
-Takich materialnych nie, ale gdybyś się przyjrzał, zauważyłbyś pewnie ledwo widzialny kontur. Zwykły człowiek nie może go dostrzec, ale ta mała...
-Uważasz, że nie jest człowiekiem?
-Uważam, że jest z nią coś nie tak. - Przyjrzał mi się uważnie. Nie chciał w to uwierzyć. Nie dziwiłam mu się. Lily była tylko małą dziewczynką, jego młodszą siostrą. Nie potrafił dostrzec teraz tego co ja.
-Co masz na myśli?
-Nic, ale dowiem się, dlaczego widzi. - Zacisnął usta w wąską kreskę i pokręcił głową.
-Musisz?
-Tak Isaac muszę - Odsunął się ode mnie, nie patrząc mi w oczy. Dlaczego każdy facet musi być taki sam, nawet syn Boga? - Może grozić jej przez to niebezpieczeństwo. Może maczała w tym palce Fidem? Pomyśl.
-Czego mogłaby od niej chcieć?
-Może chce użyć ją przeciwko nas?
-To tylko mała dziewczynka! - Wykrzyknął. Sfrustrowana poderwałam się do góry.
-Ale jest także twoją siostrą, a Fidem chce twojej śmierci. - Zacisnął szczękę i odwrócił się do mnie plecami.
-Przepraszam. - Westchnęłam zirytowana.
-Nie ma za co. - Powiedziałam zbyt chłodno i ruszyłam trawnikiem na przód podwórka.
-Gdzie idziesz? - Szybko się ze mną zrównał i teraz szedł obok mnie.
-Wracam do domu.
-Nie chce tam wracać. - Wsunął swoje palce w moje. Przystanęłam.
-Ja też. - Szepnęłam. Przyciągnął mnie do siebie i zamknął w silnym uścisku.
-Przenieś nas w jakieś ciche miejsce.
-Gdzie? - Zastanowił się chwile, a potem jego oczy rozbłysły.
-Do swojego własnego świata.- Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-Myślisz, że to możliwe?
-Myślę, że dla ciebie nie ma rzeczy nie możliwych. - Uśmiechnęłam się delikatnie i przymknęłam oczy. Zaczęłam wyobrażać sobie beztroską polankę, mały strumyczek i ogromne drzewo pod, którym można się ukryć. Gdy cały obraz uformował się w mojej głowie, pomyślałam sobie, że to miejsce istnieje naprawdę i właśnie tam chce się teraz znaleźć. Świat wokół mnie zatrzymał się, a potem poczułam, jak z ogromną siłą przebijam się przez gruby mur, który oddziela tą rzeczywistość od mojej wymyślonej. Oddech ugrzązł mi w gardle i nim zdążyłam otworzyć oczy, moich uszu dotarł szum wody, płynącej nieopodal.
środa, 11 grudnia 2013
Rozdział 18
Przecież miłość to nie kara, więc dlaczego to tak boli?
Dlaczego serce wciąż krwawi, a łzy męczą nocami?
Dlaczego wciąż krzyczę, ale nikt mnie nie słyszy?
Wciąż pragnę, a nic nie może ukoić mojej duszy.
-Usiądź, proszę. - Powiedział Isaac niecierpliwym tonem.
-Wybaczcie. - Szepnęła i zajęła miejsce na krześle na przeciwko mnie. Na twarzy Isaaca malowało się zdenerwowanie mieszane z ciekawością. Kilkakrotnie otwierał i zamykał usta za nim powiedział.
-Czemu mnie zostawiłaś? - Kobieta oblała się rumieńcem i po raz kolejny uciekła wzrokiem do swoje malej córeczki.
-Nie chciałam tego, ale nie mogłam cie zatrzymać. Byłam zupełnie sama, nie miałam stałego dachu nad głową, nie mogłam jeszcze wychowywać dziecka. Chorego dziecka.
-Chorego? - Zapytałam nim zdążyłam ugryźć się w język. Natalie posłała mi blady uśmiech.
-W szpitalu powiedzieli, że jesteś chory. Nie wiedzieli na co, ale dawali ci tylko kilka miesięcy życia. Chciałam żebyś miał dobre życie, którego ja ci nie mogłam zapewnić.
-A mój ojciec?
-Nie wiem kim jest twój ojciec. - Wydawała się zawstydzona.
-Jak to?
-Powiedzmy, że miałam wielu partnerów...
-Byłaś prostytutką... - Ach jaką ja jestem idiotką. - Przepraszam, nie chciałam.
-Nic nie szkodzi, ale tak byłam...
-I żadnego z nich chociażby nie podejrzewałaś? - Przerwał jej wyraźnie zniesmaczony Isaac.
-Nie, żadnego. Nie chciałam tego dochodzić i tak wiedziałam, że żaden z nich mnie nie przygarnie. Byłam skazana na porażkę. Wybacz Isaac. - Jej głos załamał się, a po bladych policzkach spłynęły łzy. Isaac wydawał się być zdezorientowany. Z rozpaczą przyglądał się swojej rodzicielce. Byłam pewna, że walczy ze sobą. Byłam pewna, że nie chciał bym na to patrzyła. Wstałam od stołu i podeszłam do Lily.
-Pokażesz mi swój pokój? - Spytałam z ciepłym uśmiechem. Dziewczynka poderwała się do góry i złapała mnie za rękę.
-Jest cały różowy. - Oznajmiła, uroczo przeciągając głoski i pociągnęła mnie za sobą. Jeszcze raz zerknęłam na Isaaca i Natalie. Żadne z nich się nie odzywało, tylko wpatrywali się w siebie szukając słów, które wyraziłyby to co czują. Dziewczynka pchnęła białe, drewniane drzwi i wprowadziła mnie do różowego królestwa. Na środku pokoju stało niewielkie łóżeczko z baldachimem a w koncie stał bujany fotel, na którym leżała książka i koc. Z łatwością mogłam w nim wyobrazić sobie Natalie, która czytała rudowłosej Lily bajkę na dobranoc. Mimo przeszłości byli szczęśliwą rodziną. Było to widoczne na pierwszy rzut oka i tego im zazdrościłam. Miałam obojga rodziców, ale moje dzieciństwo w ogóle nie przypominało tego Lily.
Dziewczynka stanęła naprzeciwko mnie i spojrzała na mnie wielkimi, mądrymi zielonymi oczami.
-Nie jesteś zwykłą dziewczyną, prawda? - Zerknęłam na nią nie rozumiejąc co ma na myśli. - A ni Isaac nie jest zwyczajny.
-Czemu tak uważasz?
-Oboje macie skrzydła. Nikt inny nie ma takich skrzydełek. Jak to zrobiliście, że je macie? - Spytała z szerokim uśmiechem, podskakując w okół mnie. - Też bym takie chciała.
~ ~ ~
-Nigdy nie chciałam cie skrzywdzić. - Szepnęła, ocierając łzy. - Wiele bym dała by wtedy cie nie zostawiać.
-Więc czemu mnie nie szukałaś?
-Och szukałam. Na prawdę, ale nie jest to łatwe zadanie. To jak szukanie igły w stogu siana. - Zerknęła na mnie z bladym uśmiechem. - Żałuje tego.
-Ja... Cieszę się, że cie w końcu poznałem. - Z niepewną miną sięgnęła po moją dłoń.
-Wydaje mi się, że ludzie którzy cie wychowali są dobrymi rodzicami.
-Tak, to prawda.
-Ale nie przyjechałeś bez powodu, prawda?
-Chciałem cie zobaczyć... Niedługo wyjadę i nie wiem czy kiedyś wrócę.
-Grozi ci niebezpieczeństwo? - Zagryzłem wargę, kręcąc głową.
-Nie przejmuj się tym. Chciałem tylko wiedzieć dlaczego.
-Już wiesz i mam nadzieje, że kiedyś mi wybaczysz. Mimo wszystko jesteś nadal moim synkiem.- Coś ścisnęło mnie za gardło, ale zmusiłem się do uśmiechu. Nie wiedziałem co w tej chwili powinienem myśleć i czuć. Byłem zagubiony, jak nigdy. Odnalazłem ją i niedługo mogłem stracić na zawsze. Dobijającą myślą było, że dopiero teraz ją poznałem.
-Nie mam do ciebie urazy. Już dawno ci wybaczyłem. Miałem nadzieje tylko, że kiedyś mnie kochałaś.
-Nigdy nie zniknąłeś z mojego serca. Nigdy. - Jakby nie pewna tego co robi wstała i przytuliła mnie co zaskoczyło mnie na tyle, że znieruchomiałem, gdy szok minął odwzajemniłem uścisk.
-Chciałbym cie jeszcze kiedyś zobaczyć.
-Mój dom stoi dla ciebie otworem Isaac. Jesteś częścią mnie, tak ja Cora jest częścią ciebie.
-Skąd wiesz?
-Wildze, jak na nią patrzysz. Wiem co to miłość.
-Uważasz, że jestem dla niej wystarczająco dobry?
-Oboje jesteście siebie warci. - Odsunęła się i zaszczyciła mnie szerokim uśmiechem. - Może zostaniecie na obiad?
-Bardzo chętnie. - Za plecami usłyszałem głos Cory. Zerknąłem na nią z zaskoczeniem. Była niepokojąco blada, ale się uśmiechała, choć ja mogłem poznać, że był to fałszywy uśmiech.
-Tak bardzo chętnie. - Zawtórowałem jej, będą ciekawy co spowodowało, że w jej oczach czaił się strach.
I tak o to jest rozdział 18, nigdy nie sądziłam, że tak daleko zajdę z tym opowiadaniem. To dzięki wam wciąż mam wenę do pisania. Dziękuję, dziękuję, dziękuję :)
I tak o to jest rozdział 18, nigdy nie sądziłam, że tak daleko zajdę z tym opowiadaniem. To dzięki wam wciąż mam wenę do pisania. Dziękuję, dziękuję, dziękuję :)
sobota, 7 grudnia 2013
środa, 4 grudnia 2013
Rozdział 17
Nigdy nie wiesz co cie spotka. Co zobaczysz, gdy otworzysz oczy.
Jaki rytm wybije twoje serce, gdy z jej ust usłyszysz kochanie.
Co poczujesz, gdy nad jej grobem ksiądz powie Amen.
-To ją zabije? - Szepnąłem. Czarnowłosy podniósł na mnie swoje ciemne oczy.
-Musimy go jeszcze dopracować, ale tak to powinno ją zabić.
-Powinno... - Zaciskałem i rozluźniałem swoje dłonie, zdenerwowany. - Możemy porozmawiać? - Zwróciłem się do Ethana. Ojciec spojrzał na mnie z grymasem niezadowolenia.
-Jest to konieczne? - Wziąłem głęboki oddech, starając się opanować emocje. Nienawidziłem go.
-Potrzebuje wiedzieć, gdzie ją znaleźć...
-Natalie?
-Tak ma na imię moja matka? - Nie wiedziałam czym było spowodowane moje zdziwienie. Nie spodziewałem się tak prostego imienia.
- Gdy się poznaliśmy mieszkała w Dayton, ale teraz może być wszędzie.
-Nie możesz pomóc chłopakowi? - Wtrącił się Lucyfer. - Obaj wiemy, że możesz bez problemu sprawdzić gdzie jest. - Bóg wywrócił oczami, jak małe niezadowolone dziecko.
-Jak? - Spytałem nim zdążyłem się powstrzymać.
-Jestem Bogiem, mam nad ludźmi pewną kontrolę, łączy nas jakaś specyficzna więź, która pozwala mi sprawdzić gdzie jest dany człowiek na cały świecie. - Wzruszył ramionami, jakby to było na porządku dziennym.
-Nie mogłeś tak od razu? - Z każdą chwilą byłem coraz bardziej zirytowany.
-Mogłem, ale nie byłoby w tym ani grama zabawy.
-Teraz też nie ma. - Machnął ręką, jakby chciał odpędzić niewidzialną muchę i zamknął na kilka sekund oczy.
-Przedmieścia Dayton. Niebieski, wiktoriański domek...- Otworzył oczy z szyderczym uśmieszkiem. - Na pewno będzie zadowolona z twojego widoku. - Spiorunowałem go spojrzeniem i wybiegłem z piwnicy, potykając się o betonowe schody. Jak ktoś kogo ludzie uważają za nieskończone dobro może być takim niedojrzałym, rozpieszczonym gnojkiem? Śmiesznie było myśleć tak o własnym ojcu, ale taka była nieunikniona prawda. Cora stała w kuchni, zagryzając dolną wargę, pogrążona w myślach. Jej ciemne włosy opadały kaskadą na wyprostowane plecy. Miała na sobie czarną spódnice, idealnie podkreślającą jej sylwetkę i luźną białą koszulkę. Na jej widok moje serce zabiło mocniej.
-Chyba wiem już jak działa moja moc. - Wyszeptała, zerkając na mnie.
~ ~ ~
Isaac podszedł do mnie i wziął moje dłonie w swoje. Na jego twarzy igrał lekki uśmiech.
-W takim razie jak?
-Potrafię teleportować przedmiot z jednego miejsca do drugiego. Wcześniej zastanawiałam się gdzie znikają wszystkie rzeczy, które próbowała przenieść za pomocą telekinezy okazało się, że lądowały na strychu. Przed chwilą zrobiłam to samo z moich rysownikiem, tyle że pomyślałam o kuchni i patrz! - Wskazałam na zeszyt leżący na szafce. - Jest. - Zachichotałam zadowolona.
-Brawo! - Przyciągnął mnie do siebie, tak że dzieliło nas tylko kilka milimetrów. Położyłam dłonie na jego unoszącej się lekko klatce piersiowej i spojrzałam w jego oczy. - A ja dowiedziałem się gdzie znajdziemy moją mamę. - Zagryzłam wargę rozmyślając nad czymś.
-Myślisz, że mogłabym także nas przenieść? - Jego oczy otworzyły się szerzej, a potem zamrugał kilkakrotnie.
-Dałabyś radę? - Jego głos był seksownie zachrypnięty.
-Zawsze mogłabym spróbować... - Przymknęłam powieki i skupiłam się na swojej sypialni. Powtarzałam sobie w myślach, że mi się uda. Nie ma dla mnie rzeczy nie możliwych. Powietrze wokół nas zadrżało, a czas jakby na chwilę się zatrzymał Wszystko ucichło. Nawet bicie serce Isaaca stojącego obok mnie. Przeszył mnie zimny dreszcz. Wciągnęłam powietrze z sykiem i szybko otworzyłam oczy. Staliśmy w moim pokoju, a na twarzy Isaaca malowało się niedowierzanie mieszane z uwielbieniem.
-Naprawdę to zrobiłaś... -Wyszczerzyłam się w szerokim uśmiechu i pocałowałam go w usta, a potem zapiszczałam wesoło.
-Udało mi się! Udało! Nie jestem bezużyteczna. - Wybuchnął śmiechem, obserwując mnie z zadowoleniem.
-Nigdy nie byłaś bezużyteczna. - Zarumieniłam się, oplatając jego szyję.
-Więc gdzie mamy się teleportować mój drogi?
-Dayton nasza czarodziejko, Dayton.
Tym razem zajęło to więcej czasu, ale w końcu stanęliśmy na końcu długiej ulicy na przedmieściach Dayton. Wszystkie domy były zadbane i prezentowały się pięknie w pastelowych kolorach z idealnymi trawnikami. Liście spadające z drzew dodawały uroku rozciągającemu się przed naszymi oczami krajobrazowi. Z niepokojem rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że nikt nas nie zobaczył. Trudno byłoby wytłumaczyć, jak się tu znaleźliśmy znikąd.
-Który to dom? - Spytałam, opatulając się ciepłym swetrem.
-Ten niebieski. - Wskazał niewielki domek w wiktoriańskim stylu. Widziałam, że jest zdenerwowany, ale nie wiedziałam w jaki sposób mogłabym go uspokoić.
-Będzie dobrze. - Powiedziałam tylko tyle, a on złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Przed domem brązowowłosa kobieta bawiła się z małą dziewczynką, która śmiała się w głos, a kudłaty kundel biegający w kółko szczekał radośnie. Uścisk Isaaca stał się mocniejszy. Niemal bolesny, ale nie chciałam zwracać mu na to uwagi. Bał się. Czułam to. Nieznajoma na nasz widok zatrzymała się z zaciekawionym spojrzeniem, a dziewczyna przytuliła się do jej nogi. Już z tej odległości mogłam dostrzec podobieństwo Isaaca do Natalie. Te same delikatne rysy twarzy. Ten sam kolor włosów, kształt oczu i ust. Zmarszczyła czoło co pogłębiło jej delikatne zmarszczki. Na jej twarzy powoli rosło zrozumienie.
-Mamo kto to? - Głos dziewczynki przerwał niezręczną ciszę.
-Lily to... To... - Matka Isaaca nie mogła znaleźć słów by określić swojego własnego syna. Mała Lily była uroczą dziewczynką, ale mniej podobną do mamy. Jej włosy były koloru marchewki, na drobnym nosku widniały piegi, a oczy lśniły szmaragdem.
-Isaac - Przedstawił się chłopak. - Chciałem porozmawiać. Muszę z tobą porozmawiać. - Po bladych policzkach Natalie spłynęły łzy.
-Nie spodziewałam się, że kiedyś cie zobaczę.
-Mamo kto to? - Głos dziewczynki przerwał niezręczną ciszę.
-Lily to... To... - Matka Isaaca nie mogła znaleźć słów by określić swojego własnego syna. Mała Lily była uroczą dziewczynką, ale mniej podobną do mamy. Jej włosy były koloru marchewki, na drobnym nosku widniały piegi, a oczy lśniły szmaragdem.
-Isaac - Przedstawił się chłopak. - Chciałem porozmawiać. Muszę z tobą porozmawiać. - Po bladych policzkach Natalie spłynęły łzy.
-Nie spodziewałam się, że kiedyś cie zobaczę.
Eh... Nie mogłam dzisiaj zebrać myśli, a pisało mi się strasznie dziwnie. Mam nadzieje,że nie wyszedł najgorzej... Następnym razem postaram się bardziej. Pozdrawiam. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









